Blaski i cienie stulecia

(Korespondencja specjalna ze Stevens Point)
– Autorem jedynego opracowania o dziejach Gwiazdy Polarnej” jest Alfons Hering, który przesiedział całe swoje emigracyjne życie w redakcji „Gwiazdy Polarnej”.

Nie bardzo. Alfons Hering przed dłuższy czas pracował w redakcji z doskoku i praktycznie redagował tylko dwa działy: sławną Zofię, czyli dział porad praktycznych, i rozmowy z czytelnikami. Powiedzenie, że w redakcji pojawiała się dama z wąsikiem, jest o tyle nieprawdziwe, że była to raczej Zofia z łysiną Yula Brynnera.

W chwili, kiedy podjąłem pracę w redakcji, przewidziany na redaktora naczelnego był Leszek Szymański, postać pod każdym względem najciekawsza i najbardziej predystynowana do prowadzenia tej gazety. Niestety, skutkiem zajścia na Uniwersytecie Wisconsin, gdzie Szymański zdecydowanie negatywnie wypowiedział się na temat stosunków panujących w PRL i podjął ostrą dyskusję z Hieronimem Kubiakiem, agentem PRL ds. Polonii, jego szansa na przetrwanie w Stevens Point gwałtownie zmalała. Dzisiejszy polski emigrant nie zrozumie ówczesnej sytuacji. W naszym piśmie działy się często rzeczy dziwne, a za czasów redagowania tygodnika przez Adama Bartosza – wręcz skandaliczne. Jesteśmy spadkobiercami nie zawsze chwalebnego dziedzictwa. Pan też, panie Jacku.

W latach 50., kiedy to Adam Bartosz publikował szereg artykułów pochwalających nowy porządek w Polsce, zamieszczając komunikaty i adresy konsulatów PRL-owskich, widząc w Bolesławie Bierucie a później Gomułce prawdziwych, autentycznych wodzów narodu – popularność „Gwiazdy Polarnej” zaczęła spadać na łeb, na szyję. W Milwaukee, w Illinois czy w prężnym bardzo wówczas ośrodku polonijnym w Minneapolis w Minnesocie zwano nasz zacny tygodnik „czerwoną Gwiazdą”, zaś jego redaktorów – reżimowymi agentami. Bartosz nigdy nie otworzył drzwi publicystom związanym z emigracją żołnierską. Ideały tych ludzi były mu zupełnie obce. Wbrew temu, co pisze Alfons Hering o Adamie Bartoszu, była to osoba absolutnie nieprzygotowana do zawodu, który w piśmie wykonywała.

– Mówi pan o „rzeczach dziwnych”, spadającej popularności, nieudanych redaktorach. Czyżby zapomniał pan o Wacławie Gąsiorowskim, Melchiorze Wańkowiczu, a z nowszych o księdzu Wojciechu Sojce i Zbigniewie Celanowskim?

Nie, doskonale o nich pamiętam. Wacława Gąsiorowskiego stosunkowo bardzo szybko spławiono z pisma; była to poniekąd i jego wina. Swoich podwładnych traktował jak rekrutów, a od drukarzy żądał, aby oddawali mu honory wojskowe. Od jego opinii, nawet najbardziej niesłusznej, nie było nigdy odwołania. Właściwie wszyscy odetchnęli, kiedy poszedł pisać książkę o Emilii Plater do Kolegium Związkowego w Cambridge Spring, w Pensylwanii. Gwoli przypomnienia dla nowego czytelnika: nieistniejące już dzisiaj Kolegium Związkowe było wyższą uczelnią Polonii amerykańskiej i stanowiło jedno z jej największych osiągnięć kulturowych. Wacław Gąsiorowski na pewno ma ogromny wkład w dzieje tej placówki naukowej założonej przez Związek Narodowy Polski.

Wspomina pan też, i słusznie, o Melchiorze Wańkowiczu. Przede wszystkim cenił sobie wygodne życie, dobrą kuchnię, prawidłowo przygotowane kołduny, no i panienki. (W tym ostatnim wypadku dochodziło niekiedy do gróźb i rękoczynów.) Pozostałych członków redakcji, wśród których nie brakowało ludzi mądrych, uważał za przygłupów i nieudaczników. Właściwie nic, za wyjątkiem kilkustronicowej broszurki o Stevens Point, po sobie tu nie zostawił. Chociaż nie… pozostała jeszcze pamięć o jego dość swobodnym życiu.

Zbyszek Celanowski pojawił się w „Gwieździe Polarnej” już w latach osiemdziesiątych. Odziedziczyliśmy go po „Nowym Dzienniku”. Był to dziennikarz rzutki, o wielkiej łatwości pisania, a jego największym marzeniem było otrzymanie posady taksówkarza w Honolulu. No, i udało mu się zrealizować swoje marzenie. W „Gwieździe Polarnej” bawił krótko.
Byli natomiast ludzie, którzy w piśmie odegrali rolę olbrzymią, ale zupełnie anonimową. Pamięta pan, byliśmy odwiedzić grób na cmentarzu w Stevens Point, gdzie spoczywa Stanisław Brudnicki. Przez wiele lat ten człowiek, weteran II wojny światowej, de facto prowadził pismo, pisywał artykuły wstępne i nadawał niepodległościowy charakter mocno podczerwienionej przez Bartosza gazecie. Stanisław Brudnicki był niekwestionowanym ideologiem pisma, a Bartosz bał się go zaczepić, głównie dlatego, że murem stała za nim emigracja żołnierska, która wtedy – co tu dużo mówić – była potęgą i wolno osiągała kluczowe pozycje w zarządach organizacji polonijnych. Byli to ludzie bardziej wykształceni i rzutcy, z większymi perspektywami niż wcześniejsza emigracja, głównie pochodzenia chłopskiego, będąca wysoce patriotyczną i religijną, ale dobrodusznie naiwną.

– Sądzi pan zatem, że nie było wtedy w „Gwieździe Polarnej” ludzi, którzy potrafili poświęcić się jej całkowicie?

Za wyjątkiem Stanisława Brudnickiego – nie. W owych czasach „Gwiazda Polarna” nie posiadała profesjonalnego zespołu, a angażowała ludzi zupełnie przypadkowych i z dziennikarstwem nie mających nic wspólnego. Dla przykładu: wieloletnim korektorem pisma była osoba, która uczyła się polskiego dopiero w Stanach Zjednoczonych, a ponadto deklarowała, że jest pochodzenia niemieckiego. Na bezrybiu i rak ryba. Co zdolniejsi pracownicy pisma odskakiwali do Chicago, na posady uniwersyteckie w Michigan, Minnesocie czy Orchard Lake.

– No, dobrze, ale za czasów Heringa został już stworzony nowy zespół i byli to głównie ludzie z najnowszej emigracji.
I znowu: i tak, i nie. Większość członków późniejszego zespołu przeszła już swój staż w innych pismach polonijnych czy w Wolnej Europie. Tadeusz Samulak, który przyjechał do nas z Paryża i pracował w redakcji prawie dwa lata, współpracował wcześniej z literackimi pismami francuskimi oraz prasą polską w Londynie. Zbigniew Celanowski miał za sobą doświadczenia w „Nowym Dzienniku” i „Nowym Świecie”, „Polu Białym”, „Wiadomościach”. Leszek Szymański był w ogóle profesjonalistą, twórcą głośnego pisma „Współczesność” w kraju i pisarzem o wysokiej renomie. I proszę pamiętać, że to nie Hering redagował pismo, nawet w chwili, kiedy w stopce redakcyjnej figurował jako redaktor naczelny. Robili to kolejno: Leszek Szymański, ja, a później Leszek Zieliński.

Już za czasów Franciszka Kmietowicza, człowieka, którego mogę najostrożniej określić mianem „dziwnego”, gazeta dokonała gwałtownego zwrotu, nabierając coraz bardziej charakteru niepodległościowego i mocno katolickiego. Kmietowicz należał do emigracji żołnierskiej i był niekwestionowanym patriotą. W czasie jego administracji na łamach pisma pojawiały się artykuły największych polonijnych publicystów. Nie od rzeczy będzie przypomnieć ich nazwiska: Aleksander Janta, Tadeusz Katelbach, Wojciech Płazak, Jan Fyling, kochany przez czytelników Szymon Laks (ciągle dopominano się kolejnych jego artykułów), Barbara Toporska, Zbigniew Chałko, Józef F. Białasiewicz, Józef Mackiewicz, Wacław Iwaniuk, Adam Tomaszewski i inni. Rosła też poczytność „Gwiazdy”, jej autorytet, a co za tym idzie nakład i liczba ogłoszeń. Były to czasy, kiedy w soboty po godzinie 11:00 na tzw. stendach (punkty sprzedaży gazet) „Gwiazdy Polarnej” już nie było. Liczba prenumeratorów podskoczyła wówczas o 11 tysięcy. Tuż w okresie „Solidarności”, kiedy to wydawano zwiększone numery, liczące często 36 ogromnych stron, „Gwiazda Polarna” była jedynym niezależnym od wpływów jakiejkolwiek po
lonijnej organizacji wolnym głosem. Hasła „W służbie Polski i Polonii” i „Przez oświatę do dobrobytu”, a później ”Żeby Polska była Polską”, wydrukowane pod winietą gazety, traktowano w redakcji na serio.

– W czasie moich studiów nad dziejami Polonii próbowałem zrozumieć fenomen tego czasopisma. Wiem, że nie stały za nim finanse żadnych tutejszych organizacji. Stąd wniosek, że nawet w najgorszym okresie, kiedy polityka redakcyjna nie była jasno skrystalizowana, „Gwiazda” biła popularnością inne polonijne czasopisma.

Na pewno ma pan rację. Dużo miejsca na łamach pisma poświęcano codziennym problemom emigrantów. „Gwiazda Polarna” nie musiała naginać swojej polityki redakcyjnej do wymogów sponsorów. W trakcie 20 lat mojej współpracy z pismem nie zdarzyło się nigdy, aby klient dyktował warunki. Nawet konsulat, który w swoim czasie domagał się od Bartosza, aby na stronach ich ogłoszeń nie zamieszczano tzw. artykułów kontrowersyjnych, doczekał się w odpowiedzi tylko ostrej reprymendy.

– Jak mi pan wytłumaczy sytuację, w której znalazło się pismo w chwili największej euforii niepodległościowo-patriotycznej? Były to czasy „Solidarności”, zaś bohaterowie wypadków w „Gwieździe” byli z tym ruchem bezpośrednio związani lub próbowali do niego doszlusować.

Tak. Doszliśmy rzeczywiście do bardzo ostrego zakrętu w dziejach pisma. Trzeba to wszystko ustawić faktograficznie. W latach osiemdziesiątych zmarł ostatni prawdziwy wydawca „Gwiazdy Polarnej” Władysław (Walter) Worzalla. Firmę po nim przejął jego syn Skip William Worzalla. Na krótko zresztą, bowiem przedsiębiorstwo Worzalla Publishing zostało wówczas sprzedane dwóm amerykańskim inwestorom. Bardzo szybko wydzielono z całości firmy „Gwiazdę Polarną”, a jej właścicielem został Graham R. Core. Muszę przyznać, że w dziejach „Gwiazdy Polarnej” był to okres szczytowy. Nigdy wcześniej pracownicy nie byli tak dobrze traktowani jak za czasów Mr. Core&#146a. I nie chodzi tu tylko o płace, które zostały natychmiast podniesione, ale i same warunki pracy, jakość świadczeń etc. W tym czasie przeszedł na emeryturę Alfons Hering, zaś jego rolę w redakcji przejął emigrant z Polski Leszek Zieliński. Mnie powierzono funkcję dyrektora Punktu, czyli prowadzenie wydawnictw i usług księgarskich „Gwiazdy Polarnej”. I tu zaczyna się ogromny dramat wszystkich pracowników.

Nowy narybek w redakcji to: Milada Zapolnik, głośno oskarżana w Chicago o współpracę z PRL i staż w krajowej cenzurze, Wiesław Kaczmarek, dziennikarz z Wrocławia, którego – jak twierdził – władze PRL zmusiły do opuszczenia ojczyzny, i Cezary Stolarczyk, również dziennikarz z Wrocławia. Bardzo szybko po objęciu pracy w redakcji Kaczmarek z Zielińskim wnieśli oskarżenie o dyskryminację, w wyniku którego „Gwiazda Polarna” poniosła ogromne koszty sądowe i musiała wypłacić odszkodowanie. Zieliński z oskarżenia się wprawdzie wycofał, zrobił jednakże rzecz gorszą. Wyzyskując wszystkie powiązania naszej redakcji, założył własny tygodnik „Horyzonty”.

I nagle ni stąd, ni zowąd czytelnicy otrzymali dwie gazety – naszą i „Horyzonty”. Nikt nie udowodnił Zielińskiemu, że wszedł nieprawnie w posiadanie listy adresowej „Gwiazdy Polarnej”, ale też nikt nie wyjaśnił, jakim to cudem nasi czytelnicy otrzymali numer „Horyzontów”. Oczywiście, nie trzeba tu dodawać, że powstał trudny do opanowania zamęt. Niektórzy czytelnicy wręcz sądzili, że gazeta zmieniła nazwę. Co gorsze, nowi pracownicy „Gwiazdy Polarnej” byli na tyle nielojalni wobec własnego wydawcy, iż pod różnymi pseudonimami publikowali w „Horyzontach” lub przekazywali materiały nadsyłane do naszej redakcji tamtej redakcji. Jednym z głównych filarów „Horyzontów” był, wprawdzie krótko, Wiesław Kaczmarek.

– No dobrze, ale co na to wydawca? Musiał być bardzo rozczarowany, a przede wszystkim zdezorientowany, bo nie znał języka.

Graham Core rzeczywiście wpadł w panikę, przestał zupełnie wierzyć członkom redakcji. Wtedy to, w tych najtrudniejszych chwilach, zostałem mianowany dyrektorem całego wydawnictwa. Prowadziłem zarówno gazetę, jak i Punkt. Ogromną pomocą wówczas i, przyznam, jedyną lojalną osobą wobec wydawcy była związana z „Gwiazdą Polarną” od czasów Heringa Mirosława Kruszewska, promowana zresztą do nas przez samego Czesława Miłosza. Kruszewska była naszym redaktorem-korespondentem najpierw w Wiedniu, a później w Houston, w Teksasie. Podobnie jak wcześniej Stanisław Brudnicki, była filarem naszego pisma i to nie tylko ze względu na ogromną łatwość pisania. Znała bowiem płynnie kilka języków, posiadała szeroko w całej Europie rozwinięte kontakty z ludźmi kultury. Stąd w chwilach kryzysowych była w stanie dostarczyć dużo materiałów publicystycznych. Ułatwiło to w dużej mierze pracę redakcji uszczuplonej o kilka osób.

Graham Core dążył uporczywie do pozbycia się gazety. Praktycznie nie wierzył już nikomu z nas. Kiedy pojawił się pierwszy potencjalny nabywca, Core zrobił wszystko, aby usunąć ze swojego życiorysu epizod polski. Gazeta została sprzedana. W tym samym momencie skończyła się moja niezależna rola w „Gwieździe Polarnej”. W Chicago zatrzęsło się. Nowy właściciel, Piotr Mroczyk, działacz solidarnościowy, wyznaczył Miladę Zapolnik na pełniącą obowiązki redaktora naczelnego. Później, orientując się, jak błędna to była decyzja, sprowadził z Nowego Jorku Małgorzatę Terentiew-Ćwiklińską. Objęła ona redakcję, nie mogła jedynie ingerować w działalność Punktu, gdyż kierownictwo tego działu przedsiębiorstwa nadal pozostało w moim ręku. Ale nie na długo. Wtedy to wydaliśmy nasze ostatnie „Kalendarze”.

– No, dobrze, ale zarówno Piotr Mroczyk, jak i Małgorzata Terentiew-Ćwiklińska już nie żyją. Gdyby byli tu obecni, na pewno podaliby motywy swoich postępowań, których ocena mogłaby być inna niż pańska.

Pewno tak, ale fakty przemawiają za siebie. Mroczyk zupełnie nie interesował się gazetą, którą próbował nabyć, bo przecież kupił ją na wariackich papierach, nie mając pieniędzy. To Punkt i tygodnik miały zapracować na spłaty długów, pensje wydawcy i nowej redaktor naczelnej oraz licznych przejazdów na linii Waszyngton-Stevens Point właściciela. Na nieszczęście jeszcze Mroczyk otrzymał posadę dyrektora w Radio Wolna Europa. Pamiętam doskonale moją z nim rozmowę w Rzymie, kiedy to zapytał wprost: „To wy jeszcze wychodzicie?”

Na nasze wydawnictwo spadło jeszcze dodatkowo odium działalności Mroczyka. Osławiona Fundacja Solidarność, którą on prowadził, posądzana była o defraudację i swobodne manipulowanie pieniędzmi. Pisała o tym „Kultura” paryska, a jej redaktor Jerzy Giedroyć domagał się od Mroczyka wyjaśnień. Ponadto, Małgorzata Ćwiklińska, małe wydanie „żelaznej damy” Margaret Thatcher, nie miała zupełnie rozeznania w układach i układzikach panujących na emigracji i stawiała na sprawy, które albo były wysoce kontrowersyjne, albo dla pisma zupełnie nieistotne. Tak więc popierała różne lewicowe ugrupowania, protestanckie kościoły, usiłowała zmienić katolicki charakter „Gwiazdy Polarnej” i otworzyła szeroko drzwi publicystom lewicy laickiej.

– Wiem – już z własnych obserwacji – o zmianach, jakie zaszły w Chicago. Reprezentantem „Gwiazdy Polarnej” był tam wówczas Leszek Gil i Zofia Mierzyńska.

Tak. Zofia Mierzyńska, autorka głośnej „Wakacjuszki”, i Leszek Gil – twórcy „Informatora Polonijnego”, reprezentowali nasze pismo z
ogromnym sukcesem. Przez lata. Prowadzili też nasze biuro w Chicago. Byli dla nas kopalnią złota ze względu na ogromną liczbę ogłoszeń, jakie regularnie zdobywali dla „Gwiazdy”. No, ale pan Mroczyk, wbrew zdrowemu rozsądkowi, zerwał z nimi kontrakt i powierzył ich funkcję komu innemu. Rezultaty nie kazały długo na siebie czekać. Spadła sprzedaż gazet na stendach i w polskich sklepach, podobnie stało się z ogłoszeniami.

– Przez wiele lat śledziłem działalność Ruchu Społeczno-Politycznego „Pomost”. „Gwiazda Polarna” przez wiele lat była jedynym pismem w USA, które wspierało i propagowało idee „Pomostu”. Przez dłuższy okres ukazywał się w niej specjalny dodatek poświęcony sprawom ruchu na rzecz obalenia układów jałtańskich. Może zatem istnieje pewna korelacja pomiędzy działalnością polityczną „Gwiazdy Polarnej” i próbami opanowania tej akcji przez dawne władze reżimowe?

Nie wiem. Wiem natomiast, że na linii Chicago-Stevens Point kursowali mniej lub bardziej ważni przedstawiciele konsulatu. Nie mam żadnych dowodów na jakiekolwiek kontakty Milady Zapolnik czy innych członków zespołu z władzami PRL. Poza tym, nie potrafię zrozumieć, jakim to cudem były cenzor PRL-owski Milada Zapolnik mogłaby być tak głęboko jak była emocjonalnie zaangażowana w działalność niepodległościową Towarzystwa Krzewienia Nadziei w Chicago czy Grupy „Pokolenie”, skrajnie antykomunistycznych. Ta sama Milada Zapolnik, oskarżana o to wszystko, o czym wspomnieliśmy, prowadziła wraz z Wiktorem Węgrzynem – antykomunistą i patriotą bez skazy, Radio „Wiktoria”, które z powodzeniem zwalczało jakiekolwiek ruchy prokomunistyczne na emigracji i spieszyło często z dużą pomocą finansową opozycji w kraju.

W czasie kolejnych administracji „Gwiazdy Polarnej” i za czasów, kiedy ja prowadziłem gazetę, nigdy nie spotkałem się z żadnym tekstem Milady Zapolnik, który sugerowałby jakiekolwiek jej sympatie czy powiązania z komuną. A podobne akcenty niestety spotykałem w tekstach innych autorów, których o komunizm nikt nie posądzał. Odpowiadając jednakże na pańskie pytanie: powiązania „Gwiazdy Polarnej” z „Pomostem” przyniosły obu stronom ogromne korzyści. Przyniosły również korzyści sprawie, której na imię Polska. Działalność „Pomostu” i nośnika jego idei „Gwiazdy Polarnej” za parę dziesiątków lat będzie widziana przez historyków jako jedno z najbardziej istotnych i doniosłych działań wychodźstwa na rzecz zniewolonego kraju. Z czego jestem ogromnie dumny: to ja wraz z Andrzejem Jarmakowskim i Muzią Sierotwińską doprowadziliśmy do tej współpracy.

– Był pan obecny w chwili, kiedy za czasów administracji Małgorzaty Ćwiklińskiej zjawiła się policja, aby wyprowadzić redaktorów z biur. Po latach, czy jest pan w stanie obiektywnie ustosunkować się do tamtych zajść?
Widzi pan… jestem człowiekiem pamiętającym o narodzie, z którego pochodzi. Jestem wrogiem wykorzystywania przez Polaków jakiejkolwiek administracji kraju osiedlenia przeciwko Polakom, z którymi przecież zawsze można się dogadać, jeżeli naprawdę się chce. Nie wierzę w tzw. stawianie spraw na ostrzu noża. To do niczego nigdy nie prowadzi. Sądzę, a próbowałem to zrobić, że można było sprawę załatwić polubownie. Bo tak naprawdę chodziło tylko o pieniądze. Ćwiklińska po prostu chciała ocalić swoją, co tu dużo mówić, ogromną pensję kosztem reszty redaktorów. Nie ma żadnego usprawiedliwienia na jej postępowanie, tym bardziej że od pierwszej chwili pobytu w Stevens Point nie kryła się ze swoimi planami przejęcia przedsiębiorstwa. Prowadziła przy tym wysoce szkodliwą politykę redakcyjną, promując lewicę laicką i manifestując swoją wysoką niechęć do kleru. „Gwiazda Polarna” przez dziesiątki lat wspomagana była na wszystkie sposoby przez ugrupowania zakonne, ośrodki katolickie i zrzeszenia katolików w Ameryce.

Wszystko to urwało się od chwili, kiedy Ćwiklińska wprowadziła stronę religijną, promując baptystów, świadków Jehowy i protestantów. Pomału odchodzili od nas tak wielce popularni ludzie jak ks. Stefan Filipowicz, ks. Zdzisław Peszkowski, ks. dr Roman Nir, ks. opat Hubert Kostrzański, a przecież wspomagali oni nas zawsze finansowo, poza tym ułatwiali kontakt z krajem, pozwalali korzystać ze swoich księgozbiorów i jakże często zakupywali na różne okazje ogromne nakłady „Gwiazdy Polarnej”. Dla przykładu, w czasie festiwalu góralskiego w Munster, IN u Karmelitów Bosych, wielki przyjaciel „Gwiazdy” świętej pamięci ks. Tomasz Bałys zakupił po cenie detalicznej 2 tysiące egzemplarzy gazety i 500 egzemplarzy „Kalendarza”. Materiały te po prostu bezpłatnie rozdawano. Podobnie było z Orchard Lake. Nie było inicjatywy „Gwiazdy Polarnej”, której nie poparłby kanclerz Stanisław Milewski czy ks. Peszkowski i ks. Nir. Finansowo i moralnie wspierał też pismo wielki nasz przyjaciel, człowiek o ogromnej kulturze ks. Józef Zuziak, ówczesny przeor salwatorianów w Indianie. Wielkim przyjacielem „Gwiazdy Polarnej” byli również ojcowie marianie w Stockbridge, PA, ojcowie franciszkanie w Pulaski, WI czy wreszcie ks. Władysław Gowin, dyrektor Polskiej Misji Duszpasterskiej w Chicago. I co tu dużo mówić, jeszcze raz podkreślam, za tym zawsze szły ogromne zakupy gazet, książek i ciche wsparcie finansowe dla „Gwiazdy”.

Mirosława Kruszewska, z którą nawet Małgorzata Ćwiklińska obchodziła się ostrożnie jak z jajkiem, potrafiła nam zapewnić szeroką kolportację czasopisma w Teksasie, nie mówiąc już o ogromnej liczbie tekstów, które – jak już wspomniałem – produkowała z ogromną łatwością, przeważnie za darmo. W chwili wybuchu strajku i pojawienia się policji w redakcji pomoc ta ustała, co zresztą widać z archiwalnych numerów gazety.

Podobnie jak ja znał pan Małgorzatę. Była to osoba niesłychanie kontrowersyjna, nieustępliwa, niezdolna do jakichkolwiek kompromisów. Z drugiej strony jednak nikt nie odmówi jej ogromnego wykształcenia, oczytania, znajomości swojego zawodu i stałości w przyjaźniach. Wiem dobrze, że skrzywdzono ją bardzo w „Nowym Dzienniku”, kiedy zmuszona była opuścić pracę. Nigdy nie powiedziała złego słowa na temat tamtego zespołu. A przecież była z nich najzdolniejsza i w pełni przygotowana do wykonywania zawodu dziennikarza. Pomimo że mówiła po angielsku z bardzo mocnym akcentem, nie istniały dla niej bariery językowe. Pamięć ludzka jest bezlitosna. Ludzie pamiętają wszakże, że polska dziennikarka Małgorzata Ćwiklińska wezwała amerykańską policję do polskiej redakcji. Dziś, po latach, uważam, że powinniśmy się głęboko i bezstronnie zastanowić, dlaczego do tego doszło i czy rzeczywiście wina była tylko po stronie Ćwiklińskiej.

– Jak mi wiadomo, jest pan trzecim w kolejności pracownikiem „Gwiazdy Polarnej” jeśli chodzi o długość redaktorskiego stażu. Wydawnictwo zaoferowało panu praktycznie wszystko – od funkcji dyrektora do naczelnego. Historycy polonijni już teraz nie odmawiają panu ogromnych zasług na niwie wydawniczej i co jest dla nas, następców, zaskakujące – ciągle identyfikują pana z pismem, w którym od lat pan przecież nie pracuje. Proszę powiedzieć, jak ocenia pan stuletnią działalność tego pisma?

Z punktu widzenia historii, trudno tę działalność dzielić na jakiekolwiek etapy. Podobnie będzie oceniany pan, obecny redaktor, jak ja, który pracowałem w „Gwieździe” wcześniej, czy inni redaktorzy w latach minionych, bo przecież wszyscy robiliśmy tę samą redakcyjną robotę. Pisaliśmy dzieje Polonii, a tym samym dzieje naszego narodu, i lepiej lub gorzej, z fiaskiem czy sukcesem, służyliśmy spr
awom Polski i Polonii. Bo to przecież zadanie pisma – rejestracja naszych dziejów. Wiadomo ponadto, że na emigracji zawsze brakowało kandydatów do pracy dziennikarskiej, bo to zajęcie mało lukratywne. Nikt praktycznie z pracy w redakcji fortuny nie zdobył, ale na pewno przeżył ciekawą przygodę i dochodził do wniosku, że służył słusznej sprawie.

Poprzez naszą codzienną, często wydawałoby się nudną, dokumentację życia Polonii jednocześnie rejestrowaliśmy dzieje własnego narodu. Stąd też potrafię wytłumaczyć bezinteresowne często akcje kulturalne ludzi, którym „Gwiazda Polarna” nie była w stanie zrekompensować finansowo ich wysiłków. I tu muszę przypomnieć grono ludzi pismu temu gorąco oddanych, których nazwisk nie znajdziemy na łamach gazety. Jeszcze raz, gwoli podkreślenia ich szczególnej roli, przypomnę nazwiska: ks. Wojciecha Sojki z Brazylii, Mirosławy Kruszewskiej z Wiednia, Houston i Seattle, księżniczki Ludwiki Czerskiej ze Stevens Point – bezinteresownie przez dziesiątki lat pilnie tłumaczącej z francuskiego, niemieckiego i rosyjskiego teksty do przeglądu prasy, ks. Zdzisława Peszkowskiego, Józefa Mackiewicza, Tadeusza Katelbacha, Wacława Iwaniuka. Wszysca oni są dzisiaj częścią literatury polskiej, ale do tej literatury polskiej przeszli również łamami „Gwiazdy Polarnej”. To była rola naszego pisma.

Przez 100 lat dokumentowaliśmy osiągnięcia kultury Polski na obczyźnie. Próbowaliśmy przedstawić obraz wychodźstwa Polakom w kraju. No i byliśmy wielkim archiwum pamięci. Musi się pan ze mną zgodzić, panie redaktorze, że w obliczu tej ogromnej roli, jaką pismo nasze odegrało, epizody „Ćwiklińska”, „Kaczmarek”, „Zieliński” są praktycznie bez znaczenia i już znajdują się na śmietniku historii. Bo w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko to, co rzeczywiście służy słusznym celom. To nic, że czasami nie uda nam się zrealizować własnych zamiarów, ważne jest to, że konsekwentnie staraliśmy się je osiągnąć, nawet niekiedy kosztem osobistych niepowodzeń.

Wydaje mi się, że moja rola w historii „Gwiazdy Polarnej” została zakończona. Teraz przyszedł czas na pana i historyk współczesnych dziejów Polonii na pewno oceni wszystkie podjęte trudy w ratowaniu tego jakże uciążliwego dziedzictwa. Muszę panu powiedzieć w chwili obchodzenia stulecia gazety, że przypadła tutaj panu rola szczególna, bo działa pan bez żadnego wsparcia, w innej aurze politycznej i w obliczu ogromnej konkurencji. To, że utrzymał pan pismo do dzisiaj, to już ogromny wyczyn, który skrupulatnie historyk Polonii zapisze na pana konto po stronie pozytywów.

– Dziękuję panu za rozmowę oraz interesujące refleksje.

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*