5 lat w 5 tygodni z itvn – rozmawa z Ewą Dzyzgą

Z okazji piątych urodzin itvn, nasza Polska Ophrah Winfrey – Ewa Drzyzga – opowiada o swoim zdziwieniu na widok kolejek w USA, o tym czy może spokojnie pójść do sklepu po zakupy i jak redakcja „Rozmów w toku” powiększyła się o gromadkę dzieciaków.

– tvn obchodzi właśnie swoje piąte urodziny. Od pięciu lat gościsz na ekranach naszych widzów na całym świecie. Pamiętasz może ile do tej pory powstało odcinków „Rozmów w toku”?
Ewa Drzyzga: Ha! To jest dobre pytanie. Ja się zatrzymałam na 1500 ale żeby dokładnie powiedzieć ile ich powstało, musiałabym się dłużej zastanowić. Pamiętam, że kiedyś w scenariuszach w odpowiedniej rubryce wpisywano numery odcinków. Dzisiaj się już tych numerów nie wpisuje więc żyję w błogiej nieświadomości.
– Powstało grubo ponad 1600 odcinków, nasi widzowie obejrzeli je wszystkie w ciągu ostatnich pięciu lat i powiedz mi, czy te wszystkie odcinki to 1600 unikalnych tematów?
Na pewno były tematy które się powtarzały wielokrotnie. Nie sposób wyczerpać danego zagadnienia w jednym programie. Dawniej było trzech gości bo program był krótszy, dzisiaj zwykle jest to pięć historii które poznajemy. Każdy kto przychodzi jako gość ze swoją historią jest absolutnie kimś wyjątkowym dla nas i wnosi nowy aspekt tego samego jak by się wydawało tematu. Ileż razy można mówić o zdradzie, ileż razy można mówić o chorobie, ileż razy można mówić o kłopotach z nastolatkiem? A okazuje się, że jednak można wiele razy, za każdym razem mam nadzieję ciekawie.
– Mocno się zmieniałaś przez lata prowadzenia „Rozmów w toku”. Kolejne fryzury i zmiany wizerunku były tematem niejednej dyskusji wśród fanów programu. Powiedz mi, czy zmieniałaś się razem z „Rozmowami” czy obok nich?
Nigdy nie zmieniałam się na zamówienie programu. Nikt mi nigdy nie powiedział, że mam wyglądać tak a nie inaczej, że mam mieć taką a nie inną fryzurę. Strzyże mnie Rafał Potomski który nie jest etatowo związany z naszym programem ani z telewizją. Znaliśmy się z Rafałem jeszcze z czasów radiowych więc on mnie obcina jako Ewę a nie jako prowadzącą „Rozmowy”. To co mam na głowie jest zawsze jego fantazją, jest to jego pomysł na mnie i ja do tego ręki nie przykładam. Taką jestem oddaną klientką (śmiech).
– I każdy z tych pomysłów jednakowo Ci się podobał?
No może kiedyś jak mnie obciął w przypływie jakiejś wielkiej fantazji na jakieś 4 do 5 milimetrów a ja byłem nieco tęższa niż teraz jestem, nie byłam do końca tą fryzurą zachwycona. Pamiętam jak pojechałam wtedy na służbową wyprawę do Euro Disneylandu skąd robiłam relacje dla radia. Weszłam do sklepu z zabawkami i kiedy zasiadłam w stercie Kubusiów Puchatków to powiem szczerze, że nie bardzo się od nich odróżniałam. Ale z drugiej strony może chciał, żeby mi było łatwiej wtopić się w „ten” tłum (śmiech).
– A jak się zmieniały same „Rozmowy” przez ten czas?
Rozmowy się zmieniały chociażby ze względu na to, że na początku był dużo mniejszy zespół – 33 osoby. Dzisiaj jest ich już ponad 55 w samej redakcji, plus cała ekipa realizacyjna. Po drodze miałam czterech producentów: dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Ostatnio robiliśmy sobie takie wewnętrzne podsumowanie i okazało się, że 10 osób z redakcji zmieniło stan cywilny. Nie liczę już dzieci które się w tym czasie urodziły włącznie z moimi. To też w dużej mierze zmieniło nas, nasze nastawienie do świata, poczucie odpowiedzialności.
Dodatkowo cztery razy zmieniła się scenografia i wystrój wnętrza. Widzowie w kraju może tak bardzo tego nie odczuli ale widzowie za granicą którzy te wszystkie odcinki „Rozmów” mieli w skondensowanym wydaniu musieli widzieć jak ewoluowaliśmy. Natomiast jeśli chodzi o naszą otwartość i to, że nie boimy się zadawać pytań to nie zmieni-liśmy się ani trochę.
– Wychodzi na to, że „Rozmowy w toku” są jedną wielką rodziną.
Ba! Oczywiście, że tak. Jest to rodzina która jest bardzo zazdrosna o te inne rodziny, te faktyczne. Bardzo trudno jest być redaktorem, dziennikarzem, dokumentalistą, wydawcą w „Rozmowach w toku”. One bardzo pochłaniają fizycznie i psychicznie dlatego, że ludzie spędzają tutaj wiele godzin.
My pracujemy z ludźmi, nasz gość ma dla nas czas o różnych porach dnia i nocy więc niejednokrotnie jest tak, że tą najważniejszą rozmowę przed programem trzeba odbyć o północy, bo tylko wtedy ten ktoś może rozmawiać bo np. kończy właśnie pracę. Jak widzisz nie jest proste pogodzić rodzinę faktyczną i zaangażowanie w pracy. Chylę więc czoła przed rodzinami pracowników „Rozmów” bo naprawdę mają dla nas morze cierpliwości.
– I oprócz tego obciążenia fizycznego dochodzi psychiczne.
Dokładnie. To są przecież godziny rozmów z ludźmi którzy są doświadczeni przez życie i niejednokrotnie dokumentaliści z którymi ja pracuję są takimi pierwszymi psychoterapeutami i spowiednikami. Ludźmi – duszami przed którymi inni się otwierają i którym powierzają największe tajemnice.
– „Rozmowy” są misją, publicystyką czy rozrywką?
Są wszystkim po trochu. Chociażby dlatego, że jedną z nagród dostałam w dziedzinie „publicystyka”, inną za „talk-show”. Program przez te lata był umieszczany w różnych kategoriach. Jednego dnia pokazujemy show gdzie występują gwiazdy disco polo, drugiego dnia zastanawiamy się z politykami czy to co robią ma sens, a trzeciego rozmawiamy o tym jak ważne są rozmowy ze swoimi dziećmi i dzięki naszym psychologom podpowiadamy gościom jak być dobrym rodzicem. Jak widać łączymy wszystkie te elementy w jednym programie – tak jak w życiu.
– A istnieje odcinek którego nigdy nie zapomnisz?
Bardzo często wracam myślą do wyjątkowego spotkania z zakonnicą – s. Konsolatą i jej siostrą bliźniaczką Ireną. Poznaliśmy historię Konsolaty, która kiedy miała 18 lat dowiedziała się, że ma siostrę a o tym, że jest to siostra bliźniaczka dowiedziała się 30 lat później. Okazało się, że siostry poczęły się w obozie koncentracyjnym a ich rodzice zawarli przysięgę nad Biblią, że nie powiedzą im skąd się wzięły ani jakie jest ich pochodzenie. W tym obozie rozdzielono bliźniaczki – wtedy miały większe szanse przeżycia. Co ciekawe, później kiedy siostry się spotkały i zaczęły opowiadać sobie koleje życia to dochodziły do wniosku, że współodczuwały. Że, kiedy jedna miała złamaną rękę to drugą ta sama ręką bolała. Kiedy jedna miała problemy sercowe to drugą serce też bolało. A dzielił je ocean. Historia na scenariusz filmowy. Ale powiem szczerze, że bardzo trudno wybrać jeden program, jednego bohatera, który byłby najważniejszy. Nie prowadzę takiego rankingu bo jest to porostu niemożliwe. Nie da się porównywać tak różnych historii ludzkich.
– Jak widać poruszasz bardzo ciekawe tematy ale też czasami bardzo ciężkie. Traci się po takich rozmowach wiarę w ludzi?
Wręcz przeciwnie. Myślę, że buduje się wiara w człowieka także w moich widzach. Tyle razy moi goście pokazali, że potrafią się podnieść po największym załamaniu, że potrafią zerwać z niszczącym nałogiem, że są w stanie wybaczyć zdradę, i wynagrodzić ją. Od wielu moich gości możemy wszyscy uczyć się miłości, wytrwałości, zaufania, oddania.
– To faktycznie podnosi na duchu.
Dla mnie osobiście bardzo budujące było np. ostatnie spotkanie z dziewczynami które przechwalały się, że potrafią użyć siły wobec dziewczyny która idzie ulicą w kabaretkach a je to akurat denerwuje. Okazało się, że po naszym programie jedna przyznała się, że uderzyła tylko raz a inne powstrzymały si
ę przez dwa tygodnie od bicia. Ja się oczywiście nie łudzę, że one po jednym programie zmienią się o 180 stopni. Ale najważniejsze jest to, że same sobie pokazały, że potrafią się pochwalić tym, że nie biją. Do tej pory powodem do dumy była właśnie agresja.
– A istnieje temat którego byś nigdy w „Rozmowach” nie poruszyła?
Są tematy których nie poruszamy. Na przykład takim tematem jest czysta polityka, z oczywistych względów. To nie ten gatunek. Nigdy też nie zaproszę do programu ludzi których celem życia jest zło samo w sobie, czyli jakichś zagorzałych satanistów. Wielokrotnie jest też tak, że dana osoba nie jest jeszcze gotowa na publiczną rozmowę a my nie jesteśmy w stanie przejść obok jej problemu obojętnie. Wtedy kontaktujemy taką osobę ze specjalistami i rozmawiamy poza anteną.
– Pamiętasz odcinki które kręciliście w USA? Jak narodził się pomysł, żeby nagrać coś poza studiem w Krakowie?
Tak naprawdę to nie jestem w stanie wskazać jednego autora tego pomysłu. To wyszło spontanicznie. Ktoś rzucił, że wszędzie już szukaliśmy gości to może poszukajmy ich tam? Tak się złożyło, że zostało to bardzo dobrze przyjęte przez Piotra Waltera – prezesa TVN – który stawiał na to, żeby pokazać naszą telewizję zagranicznemu widzowi. Całe nagrania tam były zupełnie nowym doświadczeniem. Byliśmy w innym miejscu. W śródmieściu Chicago wynajęliśmy świeżo wybudowane studio od Amerykanów. Było to ogromne przedsięwzięcie, ale i wspaniała przygoda.
– Jak zostaliście przyjęci?
Mogłoby się wydawać, że tam będzie jeszcze większa otwartość bo tam ludzie są przyzwyczajeni do takiego rodzaju rozmowy ale ja nie widziałam różnicy w sposobie pozyskiwania gości czy zapraszania ich do programu. Było to tylko o tyle trudniejsze, że ludzie nie do końca wierzyli, że my w ogóle przyjedziemy. Na początku osób które pojawiały się na widowni było niewiele ale potem jak się już wieść gminna rozeszła, że to prawda, że faktycznie tu jesteśmy i że można przyjść na nagranie to trzeba było dostawiać krzesła, bo był taki tłok na widowni. To było bardzo miłe bo pomimo tego, że byliśmy tak daleko od Polski to poczuliśmy się jak w domu.
– I w związku z tym poruszaliście nowe tematy.
Mogliśmy rozmawiać o sprawach, których byśmy nigdy nie poruszyli w Polsce bo nie ma okazji do tego typu rozmów. Chociażby temat, który dla polonii amerykańskiej jest czymś powszechnym jak „papierowe małżeństwa”. Coś co powoli u nas raczkuje ale wtedy nie wiedzieliśmy o tym nic czyli sądowy zakaz zbliżania się albo monitorowanie więźnia za pomocą opaski z chipem na kostce. Wtedy było to coś o czym mogliśmy porozmawiać tylko tam, z ludźmi którzy tego doświadczyli i przeżyli to na miejscu.
– A jak Ci się podoba USA jako kraj? Był czas na zwiedzanie?
Ja już wcześniej byłam kilka razy w Stanach. Chicago też znam ze wcześniejszych wizyt. Mam tam wielu przyjaciół, mieszka też tam mój wujek i ja do tego miejsca wracałam trochę jak do siebie. Było to bardzo miłe, miałam czas żeby się z nimi spotkać, zjeść kolację, porozmawiać. Pewnie gdyby nie nagrania tych odcinków, to bym się w to miejsce za szybko nie wyrwała. Co do samych Stanów to kilka spędzonych tam dni to za mało żeby opowiadać o USA. Przecież co innego to Nowy Jork, co innego to Chicago, zupełnie co innego to Północna Karolina, gdzie byłam na stypendium. To są różne światy, jedyne co je łączy i to co dla mnie jest znaczące to poczucie wolności, taka świeżość i oddech. Pewnie nie potwierdzą tego wszyscy Polacy, bo przecież znam i takich którzy nie wychodzą poza „polski trójkąt”. Nie są w stanie skorzystać z tej wolności bo np. nie pozwalają im na to pieniądze albo brak znajomości języka., oni przede wszystkim bardzo ciężko pracują i Ameryka im się z wolnością nie kojarzy. Zwłaszcza dziś kiedy wszystko jest podporządkowane albo walce z terroryzmem albo z kryzysem.
– Czy istnieje jakaś osoba w USA lub w Polsce czy w ogóle na całym świecie, z którą jeszcze nie rozmawiałaś a marzysz o tym, żeby zaprosić ją do programu?
Trudno tu mówić o marzeniach, ale na pewno ciekawe byłoby spotkanie z Ophrą Winfrey. Staramy się teraz o wywiad z Lisą Marie Presley, będziemy rozmawiali z Isabelle Caro. To nie są marzenia, to są nasze kolejne zadania. Chcemy pokazać ludzi nie tylko z Polski ale też z całego świata, chcemy przybliżyć te postaci polskiemu widzowi. To kontynuacja wcześniejszych pomysłów.
Gościliśmy wiele osób z zagranicy – jedną z pierwszych była chociażby Warries Derie – somalijska modelka, która walczy z okrutną tradycją obrzezania kobiet. Była też u nas Carmen bin Ladin – bratowa terrorysty Osamy bin Ladena. To było zupełnie wyjątkowe spotkanie bo na co dzień ona mieszka w Genevie i to był jeden z nielicznych programów w których musieliśmy zachować wyjątkowe środki ostrożności ponieważ ona cały czas boi się, że ktoś czyha na jej życie. Pomimo tego, że odcina się całkowicie od terrorysty albo właśnie dlatego, że otwarcie wydaje wojnę tamtemu ugrupowaniu i jego członkom to takie wystąpienia publiczne mogą być dla niej niebezpieczne. Mówi też otwarcie o tym jak traktowane są w tamtym rejonie kobiety. To niesamowite spotkanie pokazuje, że wystarczy uruchomić trochę wyobraźnię, a rzeczy teoretycznie niemożliwe do spełnienie nagle się spełniają.
– Często jesteś porównywana do Oprah. Czy kiedy zaczynałaś pracę z „Rozmowami” to starałaś się ją naśladować?
Pierwszym który mnie do niej porównał był Tomasz Raczek i później nastąpiła lawina. Oczywiście wiedziałam o jej istnieniu bo jej programy oglądałam będąc w USA. Dowiadywałam się z nich o życiu w tamtych warunkach, szlifowałam też na nich swój język. Nie starałam się jednak na niej wzorować. My mamy inną specyfikę, inaczej rozmawiamy, mamy inne problemy i inną otwartość na ludzi.
– Czyli jak oglądałaś ją w tych stanach to nie myślałaś sobie: „O! Fajnie by było być na jej miejscu”?
Nie, absolutnie czegoś takiego nie było. Zresztą ja nie jestem nawet teraz na jej miejscu ponieważ jest to kobieta – instytucja, ona ma swoje wydawnictwo, ona dyktuje wiele trendów. Przejeżdżałam natomiast niejednokrotnie koło jej studia i widziałam kolejki. Niekończący się sznur ludzi , czekających na wejście do programu. Do tamtej pory myślałam, że kolejki są tylko w Polsce (śmiech).
– Wróćmy więc do kolejek w sklepach i do Polski. Możesz sobie bezstresowo pójść na zakupy albo wyjść z synami na spacer, żeby nikt nie zaczepił, nie poprosił o autograf albo nie chciał się zwierzyć ze swoich problemów?
Oczywiście, że zdarzają się dni w których nikt mnie nie zaczepia, np. w miejscowości w której mieszkam (śmiech). Ale ja chętnie rozmawiam z ludźmi którzy chcą zamienić parę słów, chociaż wiadomo, że sytuacja w której ja jestem na spacerze z synami nie należy do najbardziej komfortowych. Mama zamiast zająć się synami zajmuje się składaniem autografu. Nie jest to pomimo wszystko tak obciążające żebym musiała ukrywać się w domu, wszystkie te sytuacje występują całe szczęście w zdrowych proporcjach.
– Czujesz się w związku z tym wszystkim gwiazdą?
Nie odbieram tego w takich kategoriach. Być może dlatego, że wciąż chce być dziennikarzem. Nie bywam na rautach i nie ma tego całego szumu wokół mnie, za co jestem bardzo wdzięczna. Żyję sobie normalnie.
– A żyjesz w poczuciu spełnienia?
Tak, są takie rzeczy które człowieka spełniają. Moja rodzina daje mi takie poczucie. Oczywiście cały czas pojawiają się nowe wyzwania. Dzieci są małe, za chwilę będą starsze- co innego pewnie da nam poczucie spełnienia. Także zawsze jest do czego dążyć. – Na półce stoją już trzy Telekamery i w rezultacie tego jedna złota. Można osiągnąć coś więcej?
No jest jeszcze kilka Wiktorów do zdobycia, jest póki co jeden (śmiech). Są jeszcze, chociażby nagrody dziennikarzy. A tak na serio to nie chodzi w tym wszystkim o nagrody, dla mnie najważniejsze jest to, że można komuś pomóc. Jeśli możemy przy okazji tego, że pracujemy w telewizji zrobić coś dla drugiego człowieka to nie można chyba oczekiwać czegoś lepszego. Praca dziennikarza jest niestety mało namacalna. Naszym zadaniem jest to, żeby opowiadać ludziom jak mogą ułatwić sobie życie, jak mogą pozbierać się z sytuacji ciężkiej albo jak mogą zawalczyć o swoje prawa i po prostu to powinniśmy robić.
– To ja mogę zapewnić, że nasi widzowie najchętniej by podwoili nagrody które już masz i dali Ci masę kolejnych.
W takim razie Bóg zapłać (śmiech).
– Dziękuję bardzo za rozmowę.
Dziękuję również i zapraszam do oglądania nowych odcinków „Rozmów w toku” w itvn!
Rozmawiał
Jarosław Banaszek (itvn)
Ewa Drzyzga, polska dziennikarka znana wszystkim z prowadzenia talk-show „Rozmowy w toku”. Ukończyła filologię rosyjską na Akademii Pedagogicznej. W RMF FM prowadziła „Obraz dnia” wraz z Tomaszem Staniszewskim. Uhonorowana trzema Telekamerami w rezultacie czego w 2007 otrzymała Złotą Telekamerę. Szczęśliwa mama Stanisława i Ignacego.

Categories: Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*