Różnorodność w jedności, jedność w różnorodności

Benefis Kasi Sobczyk
Jak wielu różnie utalentowanych artystów mamy w naszej polonijnej społeczności, można się było przekonać uczestnicząc w benefisie na rzecz Katarzyny Sobczyk. W piątek 20 czerwca duża sala restauracji „Ambasador” zapełniła się po brzegi. Prawie 200 osób – wykonawców i miłośników talentu piosenkarki – wytrzymało maraton występów do późnych godzin nocnych. Ponad dwudziestu artystów, reprezentujących najróżniejsze dziedziny sztuki, zamanifestowało lojalność zawodową i grupową, by pomóc chorującej koleżance.


Nie będę tu wymieniać nazwisk ani oceniać poszczególnych wykonawców, bo nie o to chodzi w tym zupełnie niepowtarzalnym wydarzeniu. Najważniejsze jest, że tak duża grupa odpowiedziała na apel artystki, oraz że tak wielu poczuło się współodpowiedzialnymi za jakość naszego życia na emigracji. Chcę jedynie zauważyć ogromny nakład pracy i zaangażowanie w organizację wieczoru Marka Kulisiewicza, muzyka i producenta programu radiowego na fali 1490. Czuwał nad wszystkim – od zapewnienia reklamy w radio i prasie do pilnowania kolejności pojawiania się na scenie artystów.

Imponującą zaiste mamy gamę talentów. Aktorzy, poeci, pisarze, śpiewacy, piosenkarze, malarze i graficy. Mamy własnego Elvisa, czyli naśladowcę, i własnego magika. No i oczywiście ogromną rzeszę muzyków, którzy poza uzdolnieniami muzycznymi posiadają inne talenty, jakie rozwijają w przyjaznym Chicago. Muzyk w Ameryce potrafi założyć zespół – muzyczny lub przykościelny, umie nauczać młodych adeptów, założy studio nagraniowe, poprowadzi program radiowy, zaakompaniuje śpiewającym aktorom, co często jest sztuką samą w sobie. Muzyk w Ameryce nauczy się biznesu i wykreuje własny klub. Polski muzyk w Ameryce to potęga! Chociaż często, jak inni artyści, niedoceniony przez współplemieńców.

Nic więc dziwnego, że benefis zdominowali muzycy. Oni też zadbali, żeby można było nabyć najnowsze piosenki Kasi Sobczyk na płycie. Wydana w niewielkim (na razie) nakładzie będzie wkrótce do nabycia, chociaż ci, którzy nie byli na koncercie, mają mniejszą szansę otrzymać autograf artystki. W sumie był to wieczór optymistyczny, rokujący na przyszłość, że w naszej różnorodnej społeczności zapanuje jedność lojalności. Pomimo niedużych tu i ówdzie animozji.

Poezja Leśmiana
Któż nie zna: „W malinowym chruśniaku, przed ciekawym wzrokiem/Zapodziani po głowy, przez długie godziny/Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny./Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem”. Każdy zna. Ale co innego znać i czytać na lekcjach polskiego, a co innego usłyszeć te słowa wyrecytowane erotycznym męskim głosem. Wtedy dreszcz po kobiecych plecach przebiega i poezja staje się doznaniem fizycznym.

Wielu takich doznań można było doświadczyć na comiesięcznym spotkaniu z poezją, poświęconym tym razem erotykom i życiu Bolesława Leśmiana. Pomysłodawczyni spotkań, aktorka Elżbieta Kochanowska-Michalik, przygotowała mało znane fakty z życia długo niedocenionego przez współplemieńców poety. Leśmian, ochrzczony Żyd, był Polakiem przeżywającym razem z krajem jego wzloty i upadki. Fatalny urzędnik, utalentowany poeta, kreatywny dyrektor teatru i niezrównany kobieciarz, choć kobiet za dużo w życiu nie miał. Ale za to jakie! Piękne i wierne.

Im to poświęcił swoje wiersze miłosne, które z uczuciem prezentowali – Bogdan Łańko i Andrzej Krukowski. Zapowiadany w programie Stanisław Wojciech Malec na wieczór przybyć nie mógł, gdyż bolesne pęknięcie obojczyka zatrzymało go w domu (Wojtku, życzymy szybkiego powrotu do zdrowia i na scenę!) Na gitarze, lekko trącając struny, atmosferę wierszy podkreślał Bartosz Kuchno. Sobotni wieczór zdecydowanie należał do męskiej poezji, chociaż historia życia poety opowiadana po kobiecemu przez Elżbietę nabrała, jak w innych przez nią prowadzonych „Wieczorach z poezją”, atrybutów bliskości. Coś czego na pewno brakuje na lekcjach polskiego.
Piknik Towarzystwa

Przyjaciół Krakowa
W niedzielę wszystko sprzyjało spędzeniu czasu na „świeżym powietrzu” – słoneczna pogoda, brak wilgotności, możliwość obejrzenia kolejnego meczu piłki nożnej. Dlatego tak wiele osób przybyło na piknik TPK do Schiller Woods. Organizatorzy zapewnili różnego rodzaju przyjemności i rozrywki, stosowne do potrzeb piknikujących. Było piwo, kiełbaski, kiszka, bigos, grochówka i wspaniałe kompozycje z lodów przygotowywane przez kawiarnię „Melba”. Nie zabrakło książek, dzieł sztuki i gadżetów na specjalnych stoiskach.

Największym zainteresowaniem już po raz szósty cieszyła się parada jamników. Zresztą pieski różnej rasy są mile widziane na tym pikniku. Na ogół do konfliktów nie dochodzi. Po wybraniu króla i królowej ludzka część przybyszy pograła w piłkę, obejrzała grę innych i cieszyła się wypoczynkiem, jak to krakusi mówią, „na polu”. Dopiero pod wieczór dokuczliwość komarów przypomniała, że czas wracać do domowych obowiązków. Zatem do następnej, równie udanej, imprezy organizowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Krakowa.

Bożena Jankowska

Categories: Polityka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*