Ojciec chrzestny

Dla republikańskich kandydatów na prezydenta Donald Trump stał się tym, kim „Ojciec Chrzestny” był dla mafii. Każdy czuje się zobowiązany do spotkania z Trumpem, którego kilka miesięcy temu prezydent Obama nazwał „cyrkowym szczekaczem” za wznawianie oszczerczych pytań o jego obywatelstwo.

 

Pieniądze i sława Trumpa jako gospodarza programu „Celebrity Apprentice” ma dużą siłę przyciągania. Republikańscy stratedzy sugerują, że kandydaci mogą się od niego wiele nauczyć. Agresywna krytyka Obamy i dosadne nakreślenie potretu Ameryki jako upadającego narodu przemówiło do wielu konserwatywnych wyborców szukających kandydata, który rzuci prezydentowi wyzwanie w twarz.

 

„Trump przyjął pozycję ofensywną i zaatakował decyzje Obamy. Mówi prostym językiem o utracie miejsc pracy w kraju i prestiżu za granicą. Bez ogródek mówi to, o czym myśli i czuje przeciętny Amerykanin”, uważa John McLaughlin, zatrudniony przez Trumpa w krótkim okresie, gdy miliarder flirtował z myślą o prezydenturze.

 

W ostatni poniedziałek wizytę Trumpowi złożył b. gubernator Massachusetts, Mitt Romney. Wcześniej tego miesiąca gubernator Teksasu, Rick Perry, spotkał się z Trumpem w eleganckiej restauracji na Manhattanie.

Wiosną Sarah Palin, która nadal zastanawia się nad przystąpieniem do wyborów, udała się z Trumpem i jego żoną, Melani, na pizzę, a kongresmanka z Minnesoty, Michele Bachmann, złożyła wizytę w mieszkaniu Trumpa na szczycie Trump Tower.

 

Nic też dziwnego, że nowojorski developer udziela rad, nawet wtedy, gdy nie jest o to proszony. Przed ostatnią debatą na Florydzie urządzoną przez Faith and Freedom Coalition wysłał nagranie, w którym pouczał: „Jest rzeczą niezwykle istotną wybór właściwej osoby. Jeśli wybierzecie słabego kandydata, to czekają nas dodatkowe 4 lata nonsensu w Waszyngtonie. Musimy pokonać Obamę”. Wiążąc się z Trumpem kandydaci mogą sobie pomóc w republikańskich prawyborach, ponieważ konserwatyści podzielają jego opinie i zachwycają się taktyką mocnego uderzenia. W generalnych wyborach związek ten narazi ich na utratę umiarkowanych, niezależnych i innych wyborców zniesmaczonych sianiem wątpliwości co do miejsca urodzenia Obamy.

 

Kandydaci nie popierają wszystkich wniosków Trumpa. Nie krytykują kartelu naftowego OPEC i nie żądają zwrotu pieniędzy od Libii i Iraku za „pomoc militarną”. Wielu przyjęło jego zaczepny ton, szczególnie wobec Chin, które Trump oskarżył o kradzież amerykańskich prac w sektorze produkcyjnym poprzez manipulacje walutą.

 

„Rozprawię się z oszustami, Chiny są najgorszym tego przykładem”, powiedział Romney obiecując, że po objęciu urzędu prezydenta poleci Departamentowi Skarbu desygnowanie Chin jako „manipulatora walutowego”. Posunięcie takie mogłoby pociągnąć za sobę sankcje przeciw Chinom, głównego partnera handlowego i największego kredytodawcę USA.

 

Niemal wszyscy kandydaci powtarzają za Trumpem, że od objęcia urzędu przez Obamę Ameryka stała się pośmiewiskiem świata i chłopcem do bicia. W swoim ostatnim wideo kampanijnym Rick Perry mówi, że „USA są ostatnią nadzieją ludzkości” i dodaje: „Nie potrzebujemy prezydenta, który przeprasza za Amerykę. Ja kocham Amerykę”.

 

Herman Cain nazwał Stany Zjednoczone „państwem w kry-zysie”, a były gubernator Utah, Jon Huntsman mówi, że to, co dzieje się w Ameryce, jest „ludzką tragedią”.

 

Reputacja Trumpa ucierpiała minionej wiosny, gdy odnowił sprawę miejsca urodzenia Obamy, do tej pory poruszaną wyłącznie przez niezrównoważone elementy Partii Republikańskiej.

 

Obama zdecydował się na okazanie tzw. długiej formy aktu urodzenia, mówiąc: „Nigdy nie rozwiążemy problemów, jeśli będą nam przeszkadzać cyrkowi szczekacze”. Słowa te niewątpliwie były wymierzone w Trumpa. Kilka dni później, w czasie obiadu dla korespondentów Białego Domu prezydent zakpił z nowojorskiego miliardera: „Nikt nie jest bardziej dumny ze swego aktu urodzenia niż The Donald. Teraz kiedy tę sprawę mamy za sobą, może się skupić na ważniejszych sprawach, jak to, czy naprawdę wylądowaliśmy na księżycu i co się stało w Roswell”. Publiczność pękała ze śmiechu, Donald Trump ze złości. Jeśli wierzyć nowemu sondażowi Fox News, szukanie błogosławieństwa Trumpa nie na wiele się zda. Tylko 6% wyborców jest skłonnych poprzeć kandydata ze względu na poparcie ze strony Trumpa, podczas gdy 31% z tego właśnie powodu nie będzie na danego kandydata głosować. Reszcie jest całkiem obojętne, kogo The Donald wybierze.

 

(AP – eg)

Categories: Polityka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*