Kava z Bushem

Kiedy 15 czerwca 2001 roku George W. Bush leciał ze Szwecji do Polski ze swoją pierwszą wizytą, intensywnie zaczął uczyć się nazwiska polskiego prezydenta.

Pierwszą część wymawiał jako „kava”, z drugą były większe problemy: „szneski”, „syneski”, „zneski”. Perypetie lingwistyczne do amerykańskiej prasy przeciekły z komentarzem, że proces uczenia znakomicie przyśpieszyć miała uwaga kogoś z otoczenia prezydenckiego, że Hillary Clinton na opanowanie poprawnej wymowy potrzeba było… dwie minuty.Ostatecznie fonetyka ustalona została na poziomie bliskim…

„Kavazneski”
Korespondent jednej z amerykańskich gazet, w którego domu porozumiewano się także językiem polskim, zaczął tłumaczyć kolegom, że ekwiwalentem znaczeniowym tej wymowy jest… kawa rozpuszczalna. Pamiętał, jak ojciec wołał „Gdzie moja kawa z „Neski?” (jak po polsku nazywano produkty „Nestle”).

Greps ten tak się przyjął, że w redakcji do dziś zwracają się do kolegi z pytaniami „Jak tam prezydent „Kava”?”. Nawet tuż po obecnym spotkaniu w Białym Domu dostałem SMSa: „Dlaczego „Kava” nie mówił po angielsku?”. Przed rokiem, 27 stycznia 2004 roku George Bush miał podczas spotkania z polskim gościem inny problem. Mówił o tysiącach Polaków w Ameryce. „Kava” energicznie prostował, iż chodzi o miliony. 5 lutego br. gospodarz Białego Domu rozpoczął od tytułowania Kwaśniewskiego… premierem („prime minister”). Co też wymagało szybkiej reakcji. Pewnym wytłumaczeniem może być jednak czas spotkania: środa Popielcowa, dzień wznoszenia się ponad marności tego świata, w tym protokolarne detale.

Bita piana i mapa drogowa
Powtórzyła się w zasadzie sytuacja sprzed roku, kiedy przed wizytą polskiego prezydenta w Białym Domu spodziewano się przełomu wizowego, a krajowe media nieznośnie i nieuzasadnienie podgrzewały nastroje. Temat jest monotonny i z obszaru polityki zdaje się przenosić w obszary psychologii. Następuje zderzenie dwóch mentalności, polskiej, roszczeniowej: „Znieście wizy do USA, bo wam pomagamy w… Iraku” oraz amerykańskiej, legalistycznej: „Spełnijcie kryteria, to wam zniesiemy”. Waszyngton nie może pojąć, jak ma przekładać się zdaniem Warszawy sojusznicza rzetelność Polski na… osobistą nierzetelność znacznej części jej obywateli. Ci natomiast otrzymują ok. 2728 procent odmów wiz, podczas, aby znaleźć się w programie bezwizowym wskaźnik ten powinien nie przekraczać trzech procent. Równie frustrujące jest generalne przekraczanie przez nas deklarowanego czasu pobytu w Stanach oraz terminu ważności wizy.

Czy ceną za to ma być danina polskiej krwi żołnierskiej w Iraku? pytają Amerykanie. Trudno dyskutować z taką logiką. Problem zniesienia wiz rozkręcony został do niebywałych rozmiarów podczas ubiegłorocznej, wyrównanej kampanii prezydenckiej i stał sie ważnym tematem wyborczym mogącym przyciągnąć polskie głosy. Powstało wtedy kilka inicjatyw ustawodowaczych zmierzających do zrobienia Polakom wizowego prezentu, które jednak nie uzyskały powodzenia na Kapitolu. Po prawdzie, nie miały też większych szans, bowiem legislatorzy poddawani są lobbingowi różnych mniejszości etnicznych i łatwo wyobrazić sobie, co powiedzieliby o zniesieniu Polakom wiz Grecy, Filipińczycy, Hindusi czy Latynosi.

Aleksander Kwaśniewski znalazł sposób, aby podziekować deputowanym za ich trud na rzecz zniesienia wiz. Na wydane przez siebie śniadanie dla liderów obu partii w Izbie Reprezentantów, demokratki Nancy Pelosi i republikanina Thomasa DeLayąa zaprosił także autorów projektu „polskiej” ustawy wizowej wniesionej do Kongresu oraz sponsorujących projekt deputowanych. Byli to: republikanie Nancy Johnson i John Shimkus oraz demokraci Sheila Jackson Lee, Rahm Emanuel i Daniel Lipiński.

Z tego grona oryginalnością wyróżnia się pomysł murzyńskiej deputowanej z Houston demokratki Sheili Jackson Lee, teksańskiej krajanki prezydenta Busha, cieszącej się jego szacunkiem. Poroponuje ona pewien kompromis: znieść wizy, ale na 18miesięczny okres próbny i zobaczyć, jak to rozwiązanie będzie pracować. W Waszyngtonie mówi się, że Biały Dom nie zawetuje ustawy przyjmującej takie rozwiązanie.

W Białym Domu pojawił się jednak podczas wizyty Kwaśniewskiego temat „mapy drogowej”, programu zaanonsowanego w Warszawie przez Condoleezzę Rice. Bush go w ogólnym zarysie poparł. O co chodzi? Przede wszystkim o stworzenie warunków do liberalizacji wizowej, ale na drodze prawa, a nie gestu dobrej woli, na co tak czuli są Amerykanie. Ważnym krokiem byłoby ustanowienie abolicji na wykroczenia Polaków sprzed 1989 roku uniemożliwiające dziś uzyskanie przez nich wiz. Polski prezydent używa łagodniejszego określenia „zaszłości”. Chodzi o ignorowanie amerykańskich przepisów, jako „niegroźnych”, skoro przyjechało się tylko na „wakacje” (nawet jak trwały pięć lat). Należą do tej kategorii, na przykład, nie popłacone mandaty samochodowe, rachunki za telefon, opłaty za elektryczność i gaz. Te nazwijmy to zaszłości pozostają w amerykańskich komputerach i dzięki zintegrowaniu sytemów informacyjnych są wykazywane podczas starania o wizę w konsulacie.

Równocześnie zdecydowanie zawyżają statystykę odmów wizowych, a ta przeszkadza w zniesieniu wiz. Odkreślenie przeszłości „grubą kreską” to ważny i pomocny ruch. Nie dotyczy to oczywiście przestępstw kryminalnych.

„Mapa drogowa” ma stworzyć szybki „pas ruchu” dla uczącej się młodzieży i studentów, którzy chcę poznawać Amerykę. Mają ulec uproszczeniu dotychczasowe procedury wizowe oraz dokładniej zostać przeanalizowanie obecne akty prawne z tym związane. Warunkiem „sine qua non” jest także wprowadzenie w Polsce nowych paszportów z mikroprocesorem biometrycznym zawierającym wymagany przez USA zasób danych o posiadaczu dokumentu, w tym m.in. wzór jego linii papilarnych.

Dzięki tej „mapie” Polacy powinni, jak dobrze pójdzie za dwa lata, dojechać do sytuacji bezwizowej. Czas pokaże co tak naprawdę jest na tej „mapie” i na ile odpowiada to rzeczywistości. W każdym razie ostrożność wobec projektu jest bardzo wskazana. Najważniejsze powinno być teraz jego ukonkretnienie i upublicznienie, tak aby Polacy go zrozumieli i przekonali się, że chodzi o jakiś byt realny, a nie wyłącznie propagandowy. Póki co, „mapa”nie wydaje się być wykluczająca z pomysłem legislacyjnym Sheili Jackson Lee. Okres próbny postulowany przez deputowaną z Houston może być jednym z ważnych elementów kreślonych na „mapie” drogi do celu.

Sokoły i „Falkony”
George Bush wspomniał o zwiększeniu amerykańskiej pomocy wojskowej dla Polski do 100 mln dolarów (z 65 mln dol.), zastrzegając się równocześnie, że wszystko zależy od Kongresu. Dla wolno modernizującej się armii polskiej wzrost pomocy o jedną trzecią ma swoje znaczenie. Jednak tak naprawdę znacząca jest realizacja programu offsetowego związanego z wyborem samolotu wielozadaniowego F16. Skrót „F” pochodzi od „Falcon” czyli „Sokół”. Z „sokolim” offsetem jest problem. Sprowadza się on do tego, że strona polska i amerykańska inaczej liczą wartość finansowego zaangażowania offestowego.

Amerykanie bardziej wirtualnie, my czy ja wiem? banalnie, przyziemnie. Podczasy krótkiej wizyty tematu starano się nie eksponować. Lecz on jest. W obszarze „sokolim” prezydent „Kava” otrzymał zasłużone komplementy dotyczące zainstalowania demokracji na Ukrainie. Sokół ukraińskiej wolności ominął „góry, lasy, doły” jak w piosence i oby teraz uwił sobie solidne gniazdo w Kijowie. Bush powiedział, że za to świat jest wdzięczny Kwaśniewskiemu.

Słowa miłe lecz przesadne, bo polski prezydent „pomarańczowej rewolucji” jednak nie wygrał sam, a jedynie rękę przyłożył. Za to jak! To gwoli proporcji. Jak teraz Ukraina pójdzie w świat wartości Zachodu zależy od Ameryki. Jej wyobraźni politycznej, ale także skłonności do otwierania portfela.

Kava i Kofi
Amerykańscy obserwatorzy sceny politycznej patrzą na wizytę z innego jeszcze punktu: międzynarodowej drogi Aleksandra Kwaśniewskiego. Zdaniem wielu postrzegany jest on jak potencjalny, następca obecnego sekretarza generalnego ONZ. Kofi zastąpiony przez „Kavę”. O banał ociera się stwierdzenie, iż wyłanianie kandydatów, a później jednego zdolnego uzyskał jednomyślne poparcie stałych członków Rady Bezpieczeństwa i większości członków ONZ jest procesem żmudnym, złożonym i wymagającym niemałej finezji politycznej.

Pragnący zachować anonimowość, pochodzący ze Skandynawii, polityk ONZ twierdzi, że polski prezydent wydaje się bardzo dobrym kandydatem. Musi uzyskać poparcie swojej grupy regionalnej czyli wschodnioeuropejskiej, na którą wypada rotacyjna kolej wystawienia kandydata. Spośród tego grona wymienianych jest dwóch innych polityków: szefów dyplomacji Bułgarii i Rumunii. Pierwszy z nich to Solomon Passy, 48letni doktor matematyki i informatyki z wykształcenia, który jako pierwszy wysunął w paralemencie bułgarskim ideę przystąpienia kraju do NATO. Jego pełnym sukcesem zakończyło się niedawno przekonanie USA do utworzenia w Bułgarii trzech baz wojskowych. Błyskotliwy, dobrze widziany przez społeczność międzynarodową. Drugi, to Mircea Dan Geoana, o rok młodszy od poprzednika. Absolwent studiów inżynierskich (Politechnika Bukareszteńska), prawa (tamtejszy uniwersytet), administracji (Paryż), biznesu (Harvard), doktorat z ekonomii światowej (Rumuńska Akademia Nauk). Najmłodszy w historii kraju ambasador, którym został w USA w wieku niespełna 37 lat. Zwolennik wstąpienia do NATO i eurointegracji Rumunii. Swobodnie posługuje się angielskim, francuskim i hiszpańskim. Wydaje się mieć poparcie Moskwy i Paryża.

To jednak nie wszystko. Przy prawie wystawieniu swego kandydata upierać się zaczyna grupa azjatycka, która twierdzi, iż była dotąd niedowartościowywana w reprezentacji na stanowisku sekretarza generalnego. Dość zgodnie Azjaci widzieliby w tej roli ministra spraw zagranicznych Tajlandii Surakiarta Sathirathaia. To bardzo popularny i lubiany polityk. Wyedukowany na świetnych uczelniach (Harvard, Tufts i Cambridge), gdzie kończył prawo, dyplomację i ekonomię oraz z tej ostatniej się doktoryzował. Najmłodszy w historii kraju minister finansów (w wieku 38 lat) i najmłodszy szef dyplomacji (jako 43latek).

Z jego postacią wiązana jest międzynarodowa pozycja Tajlandii. Dobrze znany w Europie, USA i krajach Trzeciego świata. Rocznik 1958. O tej trójce się mówi w siedzibie ONZ nad East River. Czy polski prezydent był by zainteresowany pretendowaniem do prestiżowego urzędu? Na czyje poparcie mógłby liczyć? Jakie miałby szanse? To nie są pytanie dla społeczności międzynarodowej abstrakcyjne. Zaczynające także coraz częściej pobrzmiewać.

Choć nie koniecznie w blasku telewizyjnych świateł. Waldemar Piasecki, Waszyngton

Categories: Polityka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*