Kandydaci

Rezygnacja byłego senatora z Południowej Karoliny, Johna Edwardsa, z udziału w dalszym wyścigu wyborczym pozostawiła na polu walki o demokratyczną nominację sen. Hillary Clinton i sen. Baracka Obamę. Edwards regularnie zajmował w dotychczasowych prawyborach trzecie miejsce. Nigdy nie zdołał zgromadzić w swej kasie wyborczej tak dużych sum ani wzbudzić tak dużych emocji, jak jego rywale.

Skurczyła się również republikańska pula pretendentów do Białego Domu. Obwołany na początku prawyborów zwycięzcą, Rudy Giuliani, zwany również „burmistrzem Ameryki”, uplasował się na dalekim trzecim miejscu na Florydzie, którą kokietował od miesiąca w przekonaniu, że da mu bezsprzeczne zwycięstwo i 27 głosów delegatów.

Pomylił się wierząc, że „zasługi” jakie przypisał sobie w utrzymaniu ładu i doprowadzeniu do porządku po terrorystycznym ataku na Nowy Jork wystarczą, by dostać nominację. Na pewno zaszkodziła mu nieobecność w pierwszych prawyborach, ale również fakty stawiające go w niekorzystnym świetle w oczach konserwatywnego elektoratu. Nie tylko z powodu trzech małżeństw, w tym z własną kuzynką, ale także zarzutów wysuwanych przez strażaków i ochotników, którzy uczestniczyli w akcji ratunkowej w World Trade Center. Większość ma pretensje o przedwczesne zakończenie akcji przed wydobyciem zwłok ich współpracowników i przyjaciół. Ponadto wielu ma żal o lekceważenie potrzeb ratowników, którzy do dziś mają problemy z drogami oddechowymi. A przede wszystkim Giuliani nie zasłużył na szacunek przedsięwzięciami biznesowymi, podjętymi po zakończeniu urzędowania na stanowisku burmistrza Nowego Jorku. Na tragedii 9/11 zbił potężny majątek, wchodząc w układ biznesowy z szejkiem Kataru, Hamadem bin Kalifem al-Thani, znanym z dużej tolerancji wobec terrorystów. Tym samym, który miesiąc po ataku w Zgromadzeniu Generalnym ONZ przeprowadził analizę związku między 9/11 a walką Palestyńczyków z izraelskim okupantem. Przy okazji al-Thani oskarżył Izrael o „państwowy terroryzm”.

Nic też dziwnego, że wkrótce doradcą Giulianiego w zakresie spraw bliskowschodnich został ojciec neokonserwatystów Norman Podhoretz i Daniel Pipes, który w artykule opublikowanym w Jewish World Review argumentował, że „im Palestyńczycy więcej cierpią, tym są lepsi”.

Mówiąc krótko, porażka „burmistrza Ameryki” jest dla kraju bardzo korzystna. Gdyby zdobył nominację, to z pewnością wyciągnięto by mu wszystkie wątpliwe z moralnego punktu widzenia biznesy, co Stany Zjednoczone znów naraziłoby na szyderstwa.

Na polu walki pozostał sen. John McCain, były gubernator Massachusetts, Mitt Romney, były gubernator Arkansas, Mike Huckabee i kongr. Ron Paul. Dwaj ostatni praktycznie nie mają żadnych szans, choć Huckabee, były pastor kościoła baptystów niczym Obama głosi potrzebę zjednoczenia Amerykanów i ma kilka godnych uwagi pomysłów gospodarczych. Uważa, że plan prez. Busha o stymulowaniu gospodarki przyniósłby większe korzyści, gdyby przeznaczone na ten cel $1.5 miliarda skierować na roboty publiczne przy naprawie dróg i mostów z użyciem materiałów produkowanych w USA, zamiast rodzielać pieniądze między podatników z nadzieją, że wydając je wesprą amerykańską gospodarkę. Huckabee zauważył, że zwroty wzbogacą głównie chińskich eksporterów, gdyż rynek amerykański jest zalany ich produktami. Jak wszyscy inni republikańscy kandydaci, z wyjątkiem kongr. Rona Paul, Huckabee popiera wojnę w Iraku choć z mniejszym niż oni entuzjazmem.

Zdeklarowanymi zwolennikami wojny są Mitt Romney i John McCain. Obaj zgadzają się co do tego, że po upadku Husajna, Waszyngton podjął kilka błędnych decyzji, a ich wynikiem było rozszerzenie wewnętrznego konfliktu. Od zwiększenia liczebności amerykańskich wojsk w Iraku, zastrzeżenia obu kandydatów przerodziły się w same pochwały. Romney i McCain prześcigają się w pogróżkach pod adresem wrogów USA. Z racji swej wojskowej przeszłości McCain wychodzi z tych potyczek zwycięsko, choć Romney dogania go, proponując np. stworzenie drugiego Guantanamo Bay i krytykując demokratów za obietnice wycofania wojsk z Iraku. Przy okazji popełnia głupie pomyłki mówiąc, że demokraci źle odczytują życzenia elektoratu. I to teraz, gdy 67% wyborców opowiada się za ustąpieniem z Iraku, a większość rozumie, że inwazja na ten kraj była błędem. Upieranie się przy kontynuacji wojny do „zwycięskiego końca”, co przy niejasnym określeniu jej celu można przełożyć na wojnę bez końca, nie przekonuje nawet republikańskich wyborców.

Publiczność obecna na ostatniej republikańskiej debacie okazała znużenie prowojennymi przechwałkami McCaina i Romneyego, lecz nagrodziła brawami Rona Paul za stwierdzenie, że Ameryka w ogóle nie powinna się znaleźć w Iraku.

Odnośnie problemu nielegalnej imigracji obaj kandydaci opowiadają się za radykalnymi rozwiązaniami. Romney proponuje usuwanie z kraju osób, które znalazły się tu lub pozostały nielegalnie. Stopniowo, w zależności od zagospodarowania i sytuacji rodzinnej. Tak więc, nielegalni imigranci z dziećmi uczęszczającymi do szkół, według planu Romneyego będą mogli pozostać do końca roku szkolnego, po czym muszą zwinąć manatki i wyjechać do rodzinnego kraju.

McCain, jeden z autorów odrzuconej przez Kongres ustawy, która otwierała nielegalnym drogę do obywatelstwa po spełnieniu szeregu warunków, wycofał się z tych propozycji pod silnym naciskiem elektoratu. Teraz opowiada się za stanowczą rozprawą z nielegalnymi i silną ochroną granic.

John i Mitt wzajemnie zarzucają sobie ciągoty do liberalizmu i choć obaj gorąco temu przeczą, to obaj mają poniekąd rację. Mitt „usprawiedliwia” własne liberalne posunięcia jako gubernator (np. popieranie prawa do aborcji) tym, że musiał wyjść naprzeciw życzeniom mieszkańców swego stanu. John, który głosował przeciw pierwszej obniżce podatków, wprowadzonych z inicjatywy prez. Busha, tłumaczy swą postawę tym, że największe korzyści odnieśli najbogatsi Amerykanie.

Głos na Johna McCaina będzie równoznaczny ze zgodą na dalszą wojnę w Iraku, konfliktem zbrojnym z Iranem i nierozwiązanym problemem odpływu prac z USA za granicę. W Michigan McCain powiedział robotnikom, że nie mogą liczyć na rozruch upadającego przemysłu samochodowego. W zamian proponował przygotowanie tysięcy ludzi do innych zawodów. Nie wyjaśnił, w jakiej gałęzi przemysłu mogliby znaleźć zatrudnienie. Uważa, że sytuacja w kraju jest obecnie lepsza niż w 2000 roku, choć przyznaje, że z powodu krachu na rynku nieruchomościami i inflacji ludzie zaczynają się niepokoić. Skonfudowany nieco własną wypowiedzią, McCain nie potrafił wytłumaczyć na czym polega poprawa, skoro wszystko zdrożało.

Romney bezustannie chwali się biznesowymi sukcesami, 25-letnim doświadczeniem w prywatnym sektorze i zasługami przy zorganizowaniu i sprawnym przebiegu olimpiady zimowej w Seattle. Jest pewny, że jako lider biznesu potrafi wyprowadzić kraj z zapaści gospodarczej. Szkopuł w tym, że rozwiązania biznesowe nie zawsze można stosować w skali krajowej. Bo jeśli firmę da się uratować przed upadkiem poprzez obcięcie kosztów zwalniając np. połowę personelu, to jako prezydent nie zwolni połowy obywateli, by osiągnąć dobre wyniki gospodarcze.

W polityce zagranicznej republikanie opowiadają się za utrzymywaniem stosunków z pozycji siły. McCain, przyjaciel byłego demokraty, a obecnie niezależnego senatora Joe Liebermana, jak on zdecydowanego zwolennika wojny w Iraku, rozprawy z Iranem i udzielania bezwarunkowej pomocy Izraelowi, ma spore szanse na nominację GOP-u. Tym większe, że zyskał poparcie Giulianiego, ulubieńca elektoratu żydowskiego. Jest całkiem prawdopodobne, że na wiceprezydenta wyznaczy właśnie Liebermana, który już teraz towarzyszy mu w podróżach na szlaku wyborczym.

Tymczasem rosną antagonizmy między dwójką kandydatów demokratycznych. Szczerzeniu zębów Hillary Clinton na Baracka Obamę i odwrotnie nie można się dziwić, gdyż ten sezon wyborczy może być dla obojga jedyną szansą na wejście do Białego Domu.

Obama, jako senator pierwszej kadencji, niesplamiony jeszcze kongresowymi rozgrywkami, musi się spieszyć. Druga kadencja w Senacie niesie ryzyko kompromisów i niepopularnych wśród wyborców decyzji, które w przyszłości mogą być przeszkodą w spełnieniu jego politycznych ambicji.

Hillary Clinton, jako żona prezydenta ciągle popularnego wśród milionów Amerykanów przykro doświadczonych nieporozumieniem, jakim okazała się prezydentura Georgea Busha, ma większe szanse na zwycięstwo teraz, nim zblednie gwiazda Billa Clintona.

Programy obojga kandydatów zasadniczo nie różnią się. Proponują powszechne ubezpieczenia medyczne, rozruch gospodarczy, większy nadzór nad gospodarką, by nie dopuścić do takiej sytuacji, jaka zaistniała na rynku nieruchomościami. Oboje są zwolennikami uporania się z problemem nielegalnej imigracji w sposób racjonalny i z uwzględnieniem potrzeb amerykańskiej gospodarki, a równocześnie wzmocnienia ochrony granic państwa.

Ponieważ wiele wskazuje na to, że jedno z nich w przyszłym roku zasiądzie w Białym Domu, to warto sprawdzić, w jakim stopniu ich podejście do prezydenckiej władzy różni się od podejścia Busha i Cheneyego.Wyborca powinien wiedzieć, czy zlikwidują niezgodne z Konstytucją zarządzenia obecnej administracji. Te zastrzeżenia zostały już częściowo rozwiane, gdy Clinton i Obama przerwali kampanie wyborcze, by oddać w Senacie głosy przeciw przyznaniu immunitetu kompaniom telekomunikacyjnym, które z naruszeniem prawa, na prośbę administracji Busha, uczestniczyły w telefonicznym podsłuchiwaniu Bogu ducha winnych obywateli.

Zarówno Clinton jak Obama obiecują wycofanie wojsk z Iraku. Oboje stawiają na dyplomację w stosunkach zagranicznych, z tym, że Obama zdaje się być większym entuzjastą pokojowych rozwiązań, podczas gdy Clinton nie wyklucza użycia siły w najtrudniejszych sytuacjach.

Zachęcając do radykalnych zmian w Waszyngtonie, Obama kreuje się na lidera zdolnego do pojednania rozbitego przez Bu-sha narodu i rozpoczęcia rządów od nowa zgodnie z Konstytucją i z korzyścią dla wszystkich obywateli. Hillary Clinton również prowadzi kampanię pod hasłem zmian w Waszyngtonie. Za swój największy atut uważa długie doświadczenie w służbie publicznej. Obama porywa wyborców wzniosłymi hasłami. Jak na razie nie przedstawia konkretnych propozycji. Jeśli nawet wygra wybory, to nie ma pewności, czy zdoła przeprowadzić zapowiadane zmiany. Jako mało doświadczony ustawodawca może być łatwo wymanipulowany przez doświadczonych wygów. Hillary Clinton przeciwnie. 8 lat w Białym Domu, spędzonych na odpieraniu często bezpodstawnych ataków prawicy, i 4 lata w Senacie, dały jej możliwość doskonałej orientacji w metodach działania Kongresu, a także politycznych i korporacyjnych lobbystów.

Problem sen. Clinton polega głównie na tym, że w świadomości elektoratu jest częścią pogardzanego waszyngtońskiego establishmentu. Siedem ostatnich lat sprawiło, że ludzie gotowi są oddać głos na każdego, kto uchodzi za „outsidera”.
Elżbieta Glinka

Categories: Polityka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*