Nic dwa razy się nie zdarza. Poza podróżą Batorym

Nic dwa razy się nie zdarza. Poza podróżą Batorym

 

Pani Teresa Ilic Batorym płynęła dwa razy. Najpierw do Ameryki – w wieku 20 lat, z dwoma walizkami i 5 dolarami w kieszeni. Drugi raz, z powrotem do Polski, w 1984 r. z mężem, trójką dzieci i dorobkiem życia.

Kiedy w 1970 r. wsiadała na pokład Stefana Batorego w Gdyni, miała za sobą ukończoną szkołę średnią, parę miesięcy praktyk zawodowych, a z dobytku – dwie walizki, torebkę i 5 dolarów, bo tylko tyle można było oficjalnie kupić w banku.

– Moja współlokatorka z kabiny od razu powiedziała mi: „Dziecko, tych 5 dolarów nie wydaj na nic – dwa dolary musisz dać stewardowi, który podaje do stołu, a dwa stewardessie, która pomaga sprzątać”. To był powszechny zwyczaj. Na całą podróż został mi dolar. I z tym dolarem dojechałam do Chicago.

Dalsze lata pani Teresy w Stanach to ciężka praca przypłacona problemami ze zdrowiem, chwilowy powrót do Polski, ślub z poznanym w Chicago Jugosłowianinem Milovanem i powrót do Ameryki. W Chicago państwu Ilic powodziło się dobrze, pięli się, dorabiali, zmieniali domy na lepsze. Na świat przychodziły dzieci: Viola, Betty i najmłodszy Dennis. Spełniał się amerykański sen, którego ceną była jednak ciągła tęsknota za krajem i bliskimi.

– Nie mieliśmy tu praktycznie nikogo, tylko brata ściągnęłam do Stanów. Rodzice, siostra, cała rodzina męża byli za oceanem. Z czasem odłożyliśmy sporo pieniędzy, mój ojciec w Polsce był zaradnym człowiekiem. Powiedzieliśmy sobie: „Jakoś to będzie, wszystko się ułoży”. Kupiliśmy działkę w Łomży, bo chcieliśmy wybudować dom, może otworzyć jakiś sklep – mówi pani Teresa.

Znajomi pukali się w czoło i odradzali powrót do komunistycznej Polski. Ale tęsknota podsycana entuzjazmem zwyciężyła nad rozsądkiem. W sierpniu 1984 r. rodzina Iliców wsiadła na pokład Stefana Batorego i ruszyła w powrotną podróż. Wracali z emigracji. Płynęli do siebie. Wcześniej wysłali do Polski mercedesa, dobytek załadowali w walizki i pudła. Ze sobą wieźli 50 tys. dolarów w gotówce – w tamtych czasach to była fortuna.

Viola miała 10 lat, Betty 7, a Dennis 4. Statek nie zrobił na dzieciakach wielkiego wrażenia, nie takie rzeczy widziały w telewizji, poza tym całe życie mieszkały w Stanach, gdzie jak wiadomo – wszystko jest ogromne. Dzieciaki całymi dniami biegały po pokładach, szybko znalazły sobie koleżanki i kolegów. Świeciło słońce, ocean był spokojny, prawie nie bujało. Dzieci wracały tylko na posiłki i na noc do kajuty. Ciężko było je namówić do jedzenia, wyraźnie nie odpowiadało im menu okrętowej mesy, potrawy były wyszukane, podawano dużo warzyw, a dzieci wolałyby pewnie hamburgera i frytki. Na Batorym dzieciaki nie narzekały na nudę, były świetlice, kino, załoga zorganizowała nawet bal przebierańców. Państwo Ilic odpoczywali, cieszyli się słońcem i zapachem morza, fotografowali góry lodowe, rozmawiali z poznanymi w czasie rejsu ludźmi. Wśród nich było dwóch panów, którzy – tak jak oni – wracali na stałe do Polski. Wspólnie podtrzymywali się na duchu i utwierdzali w trafności wyboru. Opowiadali o planach i nadziejach, tęsknocie i ważności życia u siebie, wspominali amerykańskie perypetie.

Po drodze statek zatrzymał się w Londynie. Państwo Ilic wybrali się pozwiedzać miasto, zobaczyli Tamizę, Big Bena, zrobili sobie zdjęcie ze strażnikiem w wysokiej czapce. Następnym przystankiem był Rotterdam, na portowym straganie kupili dwanaście holenderskich dywanów – to był w Polsce bardzo chodliwy towar. W Rotterdamie pani Teresa po raz pierwszy poczuła, że jest blisko domu. – Było zielono, jak w Łomży, ta zieleń, ten zapach były już znajome, swojskie. Wiedziałam, że jesteśmy coraz bliżej.

Na gdyńskim nadbrzeżu czekał tłum witających. Rodziny z kwiatami, mężowie, żony, rodzice, dzieci, dziadkowie – tęsknota zawsze boli po dwóch stronach wielkiej wody. Na państwa Iliców czekali rodzice pani Teresy, brat mamy i syn siostry. Powitanie było wspaniałe i niezwykle wzruszające. Były uściski, łzy szczęścia, po latach tęsknoty rodzina znowu była razem.

– Mieliśmy wtedy tyle nadziei i energii do działania, byliśmy pewni, że wszystko się ułoży – wspomina pani Teresa.

W listopadzie odebrała z portowego transportu swojego mercedesa, a na kupionej działce szybko zaczął rosnąć wymarzony dom. Rodzina Iliców kupiła też przyczepę kampingową i ruszyła w podróż po Europie. Zwiedzili rodzinne strony pana Milovana, odwiedzili też Grecję, Austrię, Węgry i Czechosłowację. Dzieci były w siódmym niebie. Europejskie wakacje to było pasmo przygód, widoków, smaków i wrażeń. W Polsce były zaskoczone wolnością, tym, że spotykają się z rówieśnikami na podwórku i odkrywają okolicę bez ciągłego nadzoru dorosłych. W Stanach to było nie do pomyślenia.

– Cały ten wyjazd, ta próba powrotu najlepiej zrobiła dzieciom. Zobaczyły inny świat, inną szkołę, inną rzeczywistość. Przede wszystkim w Polsce nauczyły się szacunku do nauczycieli i osób starszych. Po powrocie do Stanów nauczyciele gratulowali nam tak dobrze wychowanych dzieci. Nie były zachwycone powrotem do Stanów, chętnie zostałyby wtedy w Polsce, szczególnie Dennis mocno tęsknił za dziadkami, w wieku 10 lat poleciał nawet ich odwiedzić.

 

 

Dzieci ciężko było namówić do jedzenia, wyraźnie nie odpowiadało im menu okrętowej mesy, wolałyby pewnie hamburgera i frytki

 

Państwo Ilic wytrzymali w Polsce trzy lata. Zaraz po przyjeździe, jesienią został zamordowany ksiądz Popiełuszko, na wiosnę wybuchł Czarnobyl. Atmosfera był coraz bardziej duszna. Wszystko było na kartki, bez łapówki nie dało się czegokolwiek załatwić. Pani Teresa pamięta, że kiedyś za małe wykroczenie milicja zabrała jej prawo jazdy, a za jego zwrot zażądali… świniaka. Na te trudności Ilicowie byli jednak przygotowani. Nie spodziewali się natomiast trudności, jakie stawiało przed nimi polskie państwo i jego biurokratyczny system. Mąż pani Teresy – Milovan Ilic, miał podwójne obywatelstwo – jugosłowiańskie i amerykańskie. Jako cudzoziemiec musiał codziennie płacić diety, za same tylko przebywanie w granicach PRL, za oddychanie polskim powietrzem.

– Codziennie musiał wymieniać dolary po państwowym kursie, który był absurdalnie niski. Ponadto, co pół roku musiał przekraczać granicę, choćby na jeden dzień. W końcu mieliśmy dość biurokracji, komunistycznego nonsensu, użerania się. Sprzedaliśmy nowo wybudowany dom i wróciliśmy całą rodziną do Chicago.

Pani Teresa nie żałuje tego wyjazdu, nie uważa go za błąd ani porażkę. – Gdybyśmy w 1984 r. nie wyjechali do Polski, pewnie bylibyśmy finansowo bogatsi, w końcu przez prawie cztery lata można sporo odłożyć. Ale z drugiej strony musiałam spróbować, gdybym wtedy nie wyjechała, do końca życia żałowałabym, że nie odważyłam się spróbować. Niczego nie żałuję – mówi Pani Teresa Ilic.

Stefan Batory dwa razy wiózł ją ku lepszemu życiu, w obie strony na przeciwległym brzegu miało czekać na nią wytęsknione. Za pierwszym razem – szansa na rozwój, wielki świat, nieograniczone możliwości Ameryki; za drugim – ukochani rodzice, bez których życie było ciągłą tęsknotą. W kajucie zasypiała z nadzieją i wizją nowego życia, wypatrując horyzontu, powtarzała sobie: „Jakoś się ułoży, wszystko będzie dobrze”.

Wysłuchał Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

 

Zdjęcia: arch. Teresy Ilic

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
Categories: Batory

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*