Świat według Trumpa

 

fot.Justin Lane/EPA

Najpierw była Arabia Saudyjska, potem Polska. Swoje trzecie zasadnicze przemówienie poświęcone polityce zagranicznej Donald Trump wygłosił już w USA w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ocena tego wystąpienia zależy jak zwykle od punktu widzenia – zwolennicy prezydenta mówią już o „doktrynie Trumpa”, przeciwnicy widzą w wypowiedziach prezydenta zbiór nielogicznych bredni.

Na przemówienie w Nowym Jorku czekano z wielką ciekawością. W czasie kampanii wyborczej Donald Trump systematycznie mieszał ONZ z błotem, głośno domagając się reformy „świątyni multilateralizmu”. Teraz miał przemówić na forum organizacji, którą ostro krytykował. To co miał powiedzieć również było wielką niewiadomą. Od ośmiu miesięcy w Białym Domu toczyły się spory między prezydenckimi doradcami, których umownie klasyfikowano jako „nacjonalistów” i „globalistów” w zależności od podejścia do kwestii zaangażowania USA w politykę zagraniczną. Już po pierwszych słowach Trumpa wygłoszonych na Manhattanie było oczywiste, że wygrali ci pierwsi. Przemówienie prezydenta USA było wielką pochwałą zasady narodowej suwerenności i zasady „America First” („Ameryka przede wszystkim”), czyli priorytetu interesów Stanów Zjednoczonych w dyplomacji Waszyngtonu. Trump przypomniał także o cnocie patriotyzmu, która pozwoliła Polakom walczyć za Polskę, Francuzom za Francję, a Brytyjczykom za Wielką Brytanię. Każdemu z tych narodów – za swoją ojczyznę. To co pozwala tym narodom wierzyć w ich wyjątkowość daje również Amerykanom prawo do wiary we własną niepowtarzalną rolę oraz prawo do obrony Stanów Zjednoczonych.

Suwerenność przede wszystkim

Zasada, aby wspólne działanie oprzeć na suwerenności i zasadzie wzajemności, a nie na bliżej nieokreślonym „globalizmie” staje się zatem jednym z filarów tworzącej się doktryny Trumpa. Własna suwerenność i prawo podejmowania najlepszych dla siebie decyzji przede wszystkim. Nie bez powodu słowo „sovereignity” padło w przemówieniu aż 21 razy. Ale jednocześnie – poszanowanie dla suwerenności drugiej strony – te idee zawarł w przemówieniu jego właściwy autor „nacjonalista” Stephen Miller.

Takie podejście będzie miało swoje konsekwencje. Biały Dom niechętnie będzie brał udział w porozumieniach multilateralnych, czy układał z Unią Europejską. Stąd też zapowiedź wycofania się z klimatycznych porozumień paryskich. Od swoich sojuszników będzie za to wymagał proporcjonalnego zaangażowania w wydatki zbrojeniowe. A przede wszystkim – będzie szukać bezpośredniego interesu dla Stanów Zjednoczonych. Widzieliśmy to przecież w Warszawie, gdzie na forum krajów grupy Międzymorza Trump promował m.in eksport amerykańskiego gazu do Europy.

fot.Peter Foley/EPA

Trump przypomniał także o cnocie patriotyzmu, która pozwoliła Polakom walczyć za Polskę, Francuzom za Francję, a Brytyjczykom za Wielką Brytanię. Każdemu z tych narodów – za swoją ojczyznę. To co pozwala tym narodom wierzyć w ich wyjątkowość daje również Amerykanom prawo do wiary we własną niepowtarzalną rolę oraz prawo do obrony Stanów Zjednoczonych.

Wzorem poprzedników

Jeśli wyrzucimy poza nawias spłycającą jakikolwiek dialog metodę komunikowania się ze społeczeństwem za pośrednictwem 140-literowych komunikatów na Twitterze, w takim podejściu można dopatrzeć się pewniej konsekwencji. Trump zresztą nie odkrywa tu Ameryki. Te same myśli i idee pobrzmiewały w przemówieniach takich polityków jak Ronald Reagan, Charles de Gaulle, czy Margaret Thatcher. Stąd wizja “koalicji silnych i niepodległych narodów, które wykorzystują swoją suwerenność aby promować bezpieczeństwo, rozwój gospodarczy oraz pokój zarówno dla siebie jak i dla całego świata”. Trump wyraźnie odszedł od idei eksportu demokracji pod każdą szerokością geograficzną, która to myśl w dziwny sposób połaczyła prezydentury tak różnych prezydentów jak George W. Bush i Barack Obama. Kryterium wartości ma być odtąd zasada szacunku dla własnych obywateli i poszanowanie suwerenności innych narodów. “W Ameryce nie sprzeciwiamy się lub nie narzucamy nikomu naszego stylu życia, raczej staramy się go pokazać jako przykład do naśladowania” – mówił Trump. Takie pragmatyczne podejście pozwala bez wyrzutów sumienia zawieranie sojuszy z krajami dalekimi od demokracji.

Piękni i brzydcy

Liberalne media zapałały oburzeniem z powodu gróźb skierowanych pod adresem Korei Północnej. Określały je jako „niezbyt pomocne i infantylne”, a poglądy prezydenta jako „niekoherentne”. Bo przecież forum ONZ ma być przede wszystkim miejscem poszukiwania kompromisów i dialogu. Nazwanie Kim Dzong Una „Rocket Manem” w misji samobójczej na pewno nie mieściło się w ramach reguł poprawnej dyplomacji. O groźbie całkowitego zniszczenia Korei Północnej w przypadku zaatakowania terytorium USA lub sojuszników Ameryki nie wspominając. Ale przecież – zgodnie z doktryną Trumpa – północnokoreański satrapa nie może być zaliczany do przywódców liczących się z interesami własnego narodu i szanujących suwerenność innych państw. Wizja „wielu sprawiedliwych”, którzy muszą stawić czoła „nielicznym złym” prowadzi do konkluzji – to Ameryka wciąż musi przewodzić walce z wrogimi reżimami. Podobnie było z „brzydkim” Iranem – Trump krytykował przecież porozumienie nuklearne osiągnięte przez sojuszników USA za przyzwoleniem swojego poprzednika Baracka Obamy. Potępił też „socjalistyczną dyktaturę prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro”. W tym kontekście trudno się dziwić, że największym swoim rywalom – Rosji i Chinom prezydent USA poświęcił dużo mniej miejsca, ograniczając się do skrytykowanie agresji na Ukrainie oraz roszczeń terytorialnych Pekinu na Morzu Południowochińskim.

Oczywiście przemówienie Trumpa rodzi także szereg pytań i wątpliwości. Między innymi o przyszłość sekretarza stanu Rexa Tillersona uważanego za zwolennika obozu „globalistów”. Jeśli utrzyma swoje stanowisko, dyplomacja prowadzona przez Biały Dom będzie miała dużo bardziej miękki charakter od prezydenckiej retoryki.

Dyplomacja rządzi się własnymi prawami, bo przecież po pogróżkach pod adresem Phenianu Trump znów wrócił do strategii zaostrzania sankcji wobec tego kraju, a nie rozwiązań militarnych. Ale ostatnie przemówienia prezydenta wydają się definiować kierunek, w jakim podążać będzie amerykańska polityka zagraniczna.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

 

Categories: Ameryka, Polityka, Polityka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*