Śnieżne widmo. Historyczna wpadka meteorologów

Śnieżne widmo. Historyczna wpadka meteorologów

Zamiast historycznej śnieżycy mieliśmy historyczną wpadkę meteorologów. Nie spełniły się apokaliptyczne przewidywania, że Nowy Jork i okolice utoną w zaspach białego puchu. Zamiast armagedonu byliśmy w mijającym tygodniu świadkami wielkiej kompromitacji zarówno służb meteo, jak i polityków.

Wielu nowojorczyków przecierało we wtorek rano oczy ze zdumienia. Gdzie te zapowiadane dwie stopy śniegu? Na ulicach leżało go maksimum kilkanaście centymetrów. I to też niedługo, bo postawione w stan najwyższej gotowości służby komunalne, przy wsparciu prywatnej armady pługów, błyskawicznie przywróciły przejezdność wszystkich głównych arterii komunikacyjnych. Odśnieżone i posolone drogi były czarne jak noc i… puste. Nie było też słychać wszechobecnych zwykle samolotów. Postawiona w stan pogotowia Gwardia Narodowa została w domach.

Paraliż na życzenie

Ale mleko się rozlało. Większość pracodawców poprosiła swoich pracowników o pozostanie we wtorek w domach. Zamknięte były szkoły, banki i urzędy. W nocy z poniedziałku na wtorek zatrzymano nowojorskie metro, działające 24 godziny na dobę. To wydarzenie bez precedensu – nigdy wcześniej w 110-letniej historii nie zatrzymano kolejki podziemnej w Nowym Jorku z powodu opadów śniegu. Stanęły też wszystkie kolejki dowożące pracowników z przedmieść do metropolii – Metro North, PATH, Long Island RailRoad, czy NJ Transit. Zamknięte były mosty, tunele oraz wszystkie drogi, na które nie można było wyjechać pod sankcją kilkusetdolarowego mandatu.

Władze tłumaczyły się, że podejmowane środki ostrożności, takie jak zakaz przemieszczania się, pomagają w szybszym uprzątaniu śniegu i przywracaniu przejezdności dróg i ulic. Są także sygnałem ostrzegawczym dla mieszkańców, że rzeczywiście mamy do czynienia z groźnym kataklizmem. Burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio mówił o konieczności dmuchania na zimne. „Cieszę się, że okazaliśmy się zbyt ostrożni, a nie lekkomyślni, wolę za duże środki bezpieczeństwa niż ofiary w ludziach”. Jego zdaniem podjęte środki ostrożności pozwoliły na szybsze postawienie miasta na nogi.

Nigdy wcześniej w 110-letniej historii nie zatrzymano kolejki podziemnej w Nowym Jorku z powodu opadów śniegu, szczególnie zaś takiego, który nie spadł…

fot.Andrew Kelly/EPA

fot.Andrew Kelly/EPA

Cena ostrożności

Trudno to jednak wytłumaczyć wszystkim, którzy w pamiętną noc pracowali do zbyt późna, aby zdążyć na metro przed jego zamknięciem. Kelnerzy spali na stołach w restauracjach, gdy goście się zasiedzieli. A w Nowym Jorku działa 24 tys. restauracji! Taksówkarze musieli odmawiać klientom, bo ulice były zamknięte, a piekarze z kolei nie dojechali na nocną zmianę do pracy.

Ostrożność, chwalona przez jednych, ganiona przez innych, miała swoją wymierną cenę. Pomijając kwestię ograniczenia wolności obywatelskich, w grę wchodzą duże pieniądze. Adam Kamins, ekonomista z Moody’s Analytics ocenia, że straty Nowego Jorku z powodu niefortunnej śnieżycy wyniosły około 200 milionów dolarów. I nie chodzi tu jedynie o zamknięte metro, drogi i mosty. W panice przed nadchodzącym armagedonem większość pracodawców wypuściła do domu pracowników wcześnie w poniedziałek i zaleciła im pozostanie w domach następnego dnia. Ludzie rzucili się do sklepów, kupując generatory, wodę, sól, żywność, latarki, baterie, czy łopaty. Na zapas odwołano kilkanaście tysięcy lotów, choć tak naprawdę lotniska w Nowym Jorku można było zamknąć tylko na kilka godzin z powodu kiepskiej widoczności.

Największe straty poniosły małe firmy i pracownicy godzinowi. Wiele biznesów przez dodatkowe półtora dnia praktycznie nie pracowało. Straty byłyby jeszcze wyższe, ale na szczęście żyjemy w XXI wieku i technologia pozwala wielu z nas wykonać część pracy w domach.

Oczekiwano 3 stóp śniegu, a tymczasem.. fot.Justin Lane/EPA

Oczekiwano 3 stóp śniegu, a tymczasem.. fot.Justin Lane/EPA

Niuanse i modele

Meteorologia to dziwna dziedzina wiedzy, bo często niewielkie niuanse decydują o tym, czy uda trafnie się przewidzieć pogodę. W Nowym Jorku pomyłka rzędu 2–4 stopni Fahrenheita, a więc mniej więcej 1–2 stopni Celsjusza, może oznaczać, że kierowcy zamiast jazdy po śniegu, będą musieli walczyć z gołoledzią, albo pojadą po mokrej, ale czarnej i w miarę przyczepnej nawierzchni. Do takiego marginesu błędów nawet w dobie obserwacji satelitarnych i zaawansowanych modeli komputerowych zdążyliśmy się przyzwyczaić.

Ostatnia pomyłka meteorologów była jednak nieporównywalnie większa. Gdy na miasto spadło 8 cali śniegu zamiast zapowiadanych 24, posypały się przeprosiny za przeprosinami. Było za co. Jeszcze w poniedziałek po południu National Weather Service (NWS) oraz inne służby meteorologiczne ostrzegały, że w metropolii spadną dwie stopy śniegu. Kilkanaście godzin później Garry Szatkowski z NWS przyznał na Twitterze: „Podjęliście trudne decyzje, oczekując, że nasze przewidywania się sprawdzą. A te się nie sprawdziły. Jeszcze raz – przepraszam”.

Przy okazji dowiedzieliśmy się, że służby meteorologiczne opierają swoje prognozy na trzech różnych modelach komputerowych – ECMWF (skrót od European Center for Medium Range Weather Forecasting), NAM (North American Mesoscale) i GFS (Global Forecasting System). Okazało się, że National Weather Service oparła się na wynikach obliczeń dwóch pierwszych z nich, ignorując kompletnie GFS. Co ciekawe, to właśnie świeżo zaktualizowany system GFS przewidział, że śnieżyca Juno przesunie się zbyt daleko od Nowego Jorku, aby zasypać miasto, ale nie oszczędzi Bostonu. Dokładnie tak się stało. ECMWF i NAM pomyliły się o około 50 mil, co w skali makro może nie jest dużą pomyłką, ale w kontekście podejmowanych przez włodarzy Nowego Jorku, New Jersey i Connecticut decyzji graniczyło z kompromitacją.

W dużej mierze zadziałało tu prawo statystyki i rutyna – ponieważ większość modeli mówiła o wielkim śniegu, postanowiono im uwierzyć. Poza tym meteorolodzy lubią ECMWF, czyli model europejski, który zawodził ich raczej rzadko. System sprawdził się przy słynnej śnieżycy z 1996 roku i huraganie Sandy. Dlaczego nie mieli mu zaufać tym razem? Meteorologów usprawiedliwia też to, że w przypadku Massachusetts ich prognozy sprawdziły się co do joty – na Boston spadły gigantyczne ilości śniegu z wiatrami o sile huraganu.

Doświadczenia z Juno pokazują, że nawet w XXI wieku niczego do końca nie można przewidzieć w 100 procentach. Politycy zapewne dosyć szybko zostaną rozgrzeszeni, podobnie jak meteorolodzy. Bo nie możemy przecież wymagać od tych pierwszych, aby podejmowali zawsze trafne decyzje, a od tych drugich – aby każda prognoza do końca się sprawdzała.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

fot.Andrew Kelly/EPA

Categories: Ameryka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*