Kontratak zza pleców

Bernie Sanders (z lewej) i Ted Cruz fot.Jeff Haynes, Peter Foley/EPA

Bernie Sanders (z lewej) i Ted Cruz fot.Jeff Haynes, Peter Foley/EPA

To był weekend politycznych outsiderów. Skazani już na porażkę senatorzy Bernie Sanders (demokrata) i Ted Cruz (republikanin) odnieśli prawyborcze zwycięstwa w Wisconsin. Wysłali tym samym wyraźny sygnał do faworytów, Hillary Clinton i Donalda Trumpa: jeszcze dużo za wcześnie, aby cieszyć się z partyjnych nominacji do Białego Domu.

Sanders, czyli Obama-bis?

Kampania Berniego Sandersa należy do fenomenów obecnej kampanii. Lewicowy polityk, do niedawna niemal nierozpoznawalny poza rodzinnym Vermont, spędza sen z powiek swojej rywalce. Hillary Clinton, prawie stuprocentowa faworytka, musi przeżywać podobne koszmary co osiem lat temu, kiedy to energiczny i młodszy senator z Illinois Barack Obama odebrał jej szansę na walkę o Biały Dom. Wystarczającą liczbę głosów zapewnił sobie wówczas dopiero 3 czerwca – na sam koniec wewnątrzpartyjnej kampanii. Teraz sen. Sanders wygrał sześć z ostatnich siedmiu prawyborczych wyścigów.

Na szczęście dla Hillary Clinton podział głosów delegatów Partii Demokratycznej w Wisconsin odbywał się na zasadzie proporcjonalności, a nie „zwycięzca bierze wszystko”, więc nie wyjechała z tego stanu z pustymi rękami. Przed nami także (19 kwietnia) prawybory w kolejnym wielkim stanie – Nowy Jork – który w przeszłości reprezentowała w Senacie.

Matematyka kontra idee

Sen. Sanders nie ma wątpliwości, że wygrać z Clinton będzie niezmiernie trudno. „Możemy zmienić status, kiedy będziemy myśleć o rzeczach wielkich i przedstawimy swoją wizję – mówił po ostatnim zwycięstwie. – Nie jestem jednak naiwny, znam potęgę Wall Street i praktycznie nieograniczony dostęp do funduszy”. Mimo ostatnich sukcesów liczby wciąż przemawiają przeciwko niemu. Hillary Clinton zapewniła już sobie poparcie 1274 delegatów i 469 tzw. superdelegatów, czyli łącznie 1743 głosy. Sanders ma ich odpowiednio 1025 i 31, czyli łącznie 1056. Aby zapewnić sobie partyjną nominację trzeba na konwencji Partii Demokratycznej zyskać poparcie 2383 delegatów. W prawyborach tego ugrupowania obowiązuje wszędzie zasada proporcjonalności, więc kandydat z Vermont musiałby wygrywać w kolejnych stanach z bardzo dużą większością. Tymczasem w zaledwie dwóch miejscach, w których odniósł zwycięstwo, zdobył więcej niż 60 proc. poparcia. Sanders miałby pewne szanse, gdyby zdobył i Nowy Jork, i Kalifornię. Ale ten pierwszy stan jest matecznikiem jego rywalki i senator przegrywa tam w sondażach o ponad 10 procent. Komentatorzy spodziewają się więc, że sen. Sanders w jakimś momencie uzna, że matematycznie jest bez szans i zawiesi kampanię. Pytanie tylko kiedy, i ile będzie to kosztować jego rywalkę. I co się stanie z jego elektoratem, składającym się najczęściej z młodych, entuzjastycznie nastawionych ludzi, zwabionych między innymi obietnicą darmowych studiów w uczelniach publicznych? To polityczny kapitał, który Hillary Clinton powinna zagospodarować, jeśli chce myśleć o zwycięstwie w listopadzie nad republikańskim kontrkandydatem. Jak to jednak zrobić, jeśli zaledwie 60 proc. ankietowanych demokratów uważa, że jest ona „uczciwa i prawdomówna”. Bez wątpienia była senator, a zarazem była sekretarz stanu i była pierwsza dama ma poważny problem ze swoim wizerunkiem, choć po prawyborach w Kalifornii będzie już pewna nominacji.

Postrach establishmentu

Wśród republikanów też trudno mówić o jakiejkolwiek przewidywalności. Partyjny establishment robi wszystko, aby spowolnić marsz Donalda Trumpa po nominację. Matematycznie trudno będzie go wyprzedzić, ale władze staną na głowie, aby miliarder nie uzyskał poparcia większości kandydatów przed lipcową konwencją. To dlatego w partii odetchnięto z ulgą, gdy prawybory w Wisconsin zdecydowanie wygrał konserwatysta, sen. Ted Cruz.

W odróżnieniu od demokratów w Partii Republikańskiej w wielu stanach obowiązuje zasada „zwycięzca bierze wszystko” i przegrani kandydaci nie mają swoich przedstawicieli na partyjnej konwencji. To stwarza szansę dla Teda Cruza, który mimo ostatnich sukcesów pozostaje w tyle za Trumpem. Ten ostatni zapewnił sobie co najmniej 753 głosy, Cruz ma ich 514, a trzeci z kandydatów pozostających jeszcze w grze, gubernator Ohio John Kasich – tylko 143.

Ted Cruz musiałby jednak dokonać nie lada wyczynu, aby przekroczyć dający zwycięstwo próg poparcia 1237 delegatów przed partyjną konwencją. Coraz więcej republikanów skłania się ku poglądowi, że po raz pierwszy od ponad 40 lat nie będziemy mieli zdecydowanego zwycięzcy prawyborczego wyścigu przed rozpoczęciem obrad. To dla republikańskiego establishmentu i dobra, i zła wiadomość. Dobra, bo brak rozstrzygnięcia dawałby szanse na wyeliminowanie Donalda Trumpa. Zła – bo na braku zdecydowania ucierpiałby wizerunek całego ugrupowania. Zwłaszcza gdyby obrady konwencji w Cleveland zamieniły się w trudny do kontroli polityczny cyrk. Już teraz Trump opowiada o spisku partyjnych kolegów próbujących wyrzucić go z gry podczas konwencji. „Ted Cruz jest gorszy od marionetki, jest koniem trojańskim używanym przez partyjnych bonzów do ukradzenia nominacji Trumpowi” – tak o swojej sytuacji mówi już teraz miliarder.

Pora zdjąć rękawice

Scenariusz nierozstrzygniętej przez konwencją walki daje większe szanse Cruzowi niż Trumpowi. Widzą to nawet bukmacherzy z Wall Street, którzy dają obecnie miliarderowi celebrycie mniej niż 50 proc. szans na zdobycie nominacji. Nie oznacza to jednak, że Cruz będzie dla establishmentu wiele lepszym kandydatem – w wielu kwestiach jest on jeszcze bardziej twardy i nieprzejednany w swoich poglądach od głównego oponenta. Poza tym Trump wciąż ma realne szanse na „przyklepanie” nominacji i zapewnienie sobie takiej liczby głosów, której nie da się zakwestionować. W Nowym Jorku, gdzie mieszka, jest zdecydowanym faworytem. Poza tym w większości stanów, w których sen. Cruz miał szanse na zwycięstwo, prawybory się już odbyły. Ostatnia nadzieja establishmentu – gubernator Kasich – radzi sobie coraz gorzej i tylko patrzeć, jak wycofa się z wyścigu.

Walka pozostałych kandydatów obu partii, czyli pojedynki Clinton–Sanders i Trump–Cruz stanie się w ostatniej fazie prawyborczych bojów jeszcze bardziej zacięta. Z pewnością zobaczymy wiele brutalnych ataków i politycznych chwytów poniżej pasa. I trudno nam będzie uwierzyć, że ktoś z tych czworga zostanie w przyszłości prezydentem USA.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Komentatorzy spodziewają się więc, że sen. Sanders w jakimś momencie uzna, że matematycznie jest bez szans i zawiesi kampanię. Pytanie tylko kiedy, i ile będzie to kosztować jego rywalkę

Categories: Ameryka, Wybory 2016

Comments

  1. Adam
    Adam 9 kwietnia, 2016, 18:36

    Trump a Cruz to to taki wybor jak Hitler czy Stalin Republikanie zeszli na psy nie ma 1 normalnego kandydata No ale jacy wyborcy tacy kandydacji Hilary czas otwierac szampana

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*