Kolejka dla każdego

fot.Erik S. Lesser/EPA

fot.Erik S. Lesser/EPA

“Całkowita porażka”. “Kpina z Amerykanów”  – takich opinii nie brak było ostatnio w Kongresie USA w odniesieniu do Transportation Security Administration (TSA), organizacji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo na lotniskach. Wszystko przez gigantyczne kolejki osób próbujących przejść przez bramki bezpieczeństwa. Dziś już nawet zapas trzech godzin przed odlotem nie gwarantuje, że dostaniemy się do samolotu na czas.

Spadek po 9/11

Drobiazgowe kontrole na lotniskach zawdzięczamy terrorystom, którzy 11 września 2001 roku wykorzystali samoloty jako napełnione paliwem bomby, atakując obiekty w Nowym Jorku i w Waszyngtonie. Ale nasz gniew i rozdrażnienie kierujemy najczęściej przeciwko pracownikom obsługującym punkty kontroli. Obserwacja ludzi w niebieskich mundurach, kręcących się przy urządzeniach kosztujących ogromne pieniądze nie wzmacnia poczucia bezpieczeństwa, zwłaszcza jeśli ma się w pamięci ubiegłoroczny raport Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. Wynikało z niego, że podczas tajnych testów udawało się przenieść przez bramki ponad 90 proc. zabronionych przedmiotów. A podatki lotniskowe rosły w oczach, podobnie jak ogonki oczekujących na kontrole. Problem wyglądał na nierowzwiązywalny. Ile razy cała kolejka pasażerów, często wzywanych już przez megafony do pojawienia się w samolocie, zatrzymuje się na długie minuty, gdy jakaś sztuka bagażu wzbudza podejrzenia funkcjonariusza. Albo, jeśli musimy czekać, aż pasażer przed nami zdejmie buty, czy pasek.

Ofiary przewozowego sukcesu

Problem nabrał monstrualnych wymiarów wraz ze zbliżającymi się wakacjami i związanym z tym zwiększonym ruchem na lotniskach. Tylko 15 maja około 500 osób zostało “uwięzionych” na lotnisku O’Hare – nie zdążyli do samolotów, bo nie przeszli na czas kontroli bezpieczeństwa. Burmistrz Chicago Rahm Emanuel obiecał wówczas zatrudnienie na miejskich lotniskach większej liczby kontrolerów.

To ogromny problem dla amerykańskich przewoźników, którzy latają dziś przy prawie 90-procentowym obłożeniu. Każdej spóźnionej osobie trzeba znaleźć miejsce w innym samolocie, co jest i trudne i kosztowne. Linie American Airlines twierdzą, że tylko w jednym tygodniu marca musiały przebukować 6800 pasażerów, którym nie udało się przejść przez kontrole. Nic więc dziwnego, że przewoźnicy znaleźli się tutaj po stronie pasażerów, oragnizując hashtagi, czy strony internetowe w rodzaju I Hate the Wait.

Powodów wydłużenia się kolejek nie trzeba długo szukać. Na amerykańskich lotniskach pojawia się obecnie rekordowa liczba podróżnych, podczas gdy TSA wysyła do pracy coraz mniejszą liczbę pracowników. W szczycie (2011) na bramkach bezpieczeństwa pracowało w USA około 48 tys. osób. Obecnie – 42,5 tys. Problemowi temu miał zaradzić wdrażany program PreCheck, stwarzający możliwość rejestracji podróżnych i szybszego przechodzenia przez kontrolę, ale liczba zapisujących się okazała się dużo niższa od oczekiwań. Nie przekroczyła ona jeszcze 10 milionów, podczas gdy spodziewano, że osiągnie szybko poziom 25 milionów osób. Z kolei rosnące zagrożenie terrorystyczne nie pozwala na poluzowanie procedur kontrolnych dla wszystkich. I tak koło się zamyka.

fot.Kamil Krzaczyński/EPA

fot.Kamil Krzaczyński/EPA

Hoggan na odstrzał

Pierwszą głową, która poleciała w związku z ostatnim skandalem okazał się Kelly Hoggan, szef Office of Security Operations w TSA, czyli komórki bezpośrednio odpowiedzialnej za kontrole na lotniskach. Oprócz awantury związanej z kolejkami podróżnych spędzających godziny w portach lotniczych wyszło na jaw, że szefowie agencji wypłacali sobie sowite premie. Sam Hoggan między 2013 a 2014 rokiem wypłacił sobie 90 tys. dolarów premii. Teraz administrator TSA Peter Neffenger poinformował, że agencja będzie szukała “innych obszarów”, na których będzie można wykorzystać jego talent.

Sprawdzone eksperymenty

Hoggana zastąpił jego dotychczasowy zastępca Darby LaJoye. Na razie trudno powiedzieć, czy jest to osoba mogąca zapewnić “inne podejście” do problemu. Wiadomo jednak, że LaJoye pracował na największych lotniskach w kraju – w Nowym Jorku i w Los Angeles. Nie jest więc nieopierzonym żółtodziobem.

Na razie na innym wielkim lotnisku – w Atlancie – Transportation Security Administration uruchomiła, w ramach eksperymentu, nowe linie kontroli, które mają szybciej przepuszczać pasażerów. Na czym polegają innowacje? Pojemniki-kuwety z przedmiotami, które wzbudziły zastrzeżenia są automatycznie przekierowywane do odrębnej kolejki, gdzie zajmują się nimi inni funkcjonariusze TSA. Dzięki temu jedna potencjalnie niebezpieczna sztuka bagażu nie zatrzymuje całej kolejki. Inną innowacją jest system automatycznego transportu wykorzystanych pojemników na bagaż na początek kolejki, co oszczędza pracy pracownikom, mogącym skupić się teraz na kontroli. Wreszcie – tuż przed stanowiskami kontroli wygospodarowano trochę przestrzeni, na której pasażerowie mogą przygotować się do kontroli we własnym tempie – zdjąć buty, paski, opróżnić kieszenie, wyjąć laptopy itd. O zmianach tych mówiło się w TSA od dawna. Trzeba było jednak awantury i setek spóźnionych pasażerów, aby coś drgnęło.

Te eksperymentalne linie kontroli nie są już dziś zresztą czymś szczególnie wyjątkowym – wzorowano je na systemach kontroli stosowanych już na londyńskim Heathrow oraz amsterdamskim  Schiphol. W Atlancie mają funkcjonować równolegle z tradycyjnymi liniami, a eksperci mają porównywać i analizować zebrane dane.  Na razie nie wiadomo ile czasu oszczędzi nowy system. Chad Wolf, były zastępca głownego administratora TSA uważa, że najwięcej skorzystają pasażerowie na możliwości wyłączenia poza kolejkę podejrzanych bagaży.

fot.Erik S. Lesser/EPA

fot.Erik S. Lesser/EPA

Mrzonki o szybkiej poprawie

Innym rozwiązaniem ma być uruchomienie już w przyszłym miesiącu aplikacji na urządzenia mobilne, dzięki której TSA podawać będzie dokładne informacje o czasie oczekiwania na przejście kontroli bezpieczeństwa.  Obecnie funkcjonujące programy informujące o długości kolejek opierają się na danych podawanych przez podróżnych. Nie są więc w pełni wiarygodne.

TSA jednak od razu rozwiewa marzenia o krótkich kolejkach. Poprawa wymaga rozwiązań systemowych, a te przyniosą efekty najwcześniej za kilka lat. Na razie Airlines for America, organizacja  reprezentująca przewoźników przewiduje, że między 1 czerwca a 31 sierpnia do samolotów w USA wsiądzie 231 mln osób – więcej niż kiedykolwiek w historii. Ciekawe, czy  ktoś obliczy ile będzie kosztować największą gospodarkę świata czas spędzonych przez nich w lotniskowych ogonkach?

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Categories: Ameryka

Comments

  1. Rose
    Rose 30 maja, 2016, 07:32

    „urządzenia mobilne, dzięki której TSA” bardzo fajne rozwiązanie. Myślę, że to powinno wiele ułatwić.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*