Kabriolet na miarę marzeń ludzkości

Kabriolet na miarę marzeń ludzkości

Wiśniowy kabriolet Tesli krąży po orbicie z prędkością 18 tysięcy mil (29 tys. km) na godzinę. Pomysł miliardera i wizjonera Elona Muska, aby wystrzelić w kosmos samochód elektryczny może okazać się nieco ekscentryczny, ale stanowi znakomity chwyt marketingowy.

Samochód zamontowano na rakiecie Falcon Heavy, wyprodukowanej przez należącą do Muska firmę SpaceX, przygotowującą się do uruchomienia kosmicznej turystyki na komercyjną skalę. Kabriolet z manekinem wyposażonym w skafander próżniowy poleci teraz w kierunku pasa asteroidów, oddzielających Marsa od gazowego giganta, jakim jest Jowisz. I będzie krążył w systemie słonecznym przez miliony lat.

Gdyby manekin „Starman” mógł słyszeć, a w próżni mogły rozchodzić się fale głosowe, mógłby zachwycić się utworami Davida Bowie’go, które odtwarzają zamontowane w aucie urządzenia.

Rakieta pełna mocy

Jednak dużo bardziej ekscytujące jest samo odpalenie rakiety Falcon Heavy. To ogromny sukces prywatnej inicjatywy, która – przynajmniej jeśli chodzi o USA – przejęła stery w wyścigu kosmicznym. Stany Zjednoczone nie dysponowały możliwością wynoszenia dużych ładunków od czasu zakończenia w 2011 roku programu promów kosmicznych, które przez 30 lat latały wraz z astronautami na niską orbitę Ziemi. Potem, przy wynoszeniu obiektów i ludzi na orbitę NASA była uzależniona od państwowego rosyjskiego programu kosmicznego.

Falcon Heavy zmienia układ sił, w którym dotychczas prym wodziły sponsorowane przez państwa programy kosmiczne. Dominowali Amerykanie i Rosjanie, ale swoich ambicji nie kryli nigdy też Chińczycy, Hindusi, czy Europejczycy.

Od czasów Saturna 5, rakiety, która pozwoliła na lądowanie człowieka na Księżycu, ludzkość nie dysponowała jednak możliwościami wynoszenia obiektów w przestrzeń kosmiczną. Dzięki 27 silnikom rakietowym Falcon Heavy jest w stanie wynieść na niską orbitę Ziemi ładunek o masie przekraczającej 63 tony. To dwukrotnie więcej niż jakakolwiek inna rakieta, jaką dysponuje dziś ludzkość. To także więcej niż Boeing 737 napełniony pasażerami, bagażem i prowiantem. „Możemy wysłać rzeczy prosto na Plutona, a nawet dalej. I to bez przystanków” – chwali się Musk.

Czerwona Tesla, która poleciała w kosmos na pokładzie rakiety Falcon Heavy fot.SpaceX/EPA-EFE/REX/Shutterstock

 

Start rakiety Falcon Heavy fot.Cristobal Herrera/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Kosmiczny rynek

Dla prywatnej spółki SpaceX otwiera to nowe możliwości. Dzięki rakiecie Falcon Heavy będzie można umieszczać na orbicie ciężkie satelity na potrzeby amerykańskich sił zbrojnych, a nawet wysyłać większe statki załogowe oraz towarowe w kierunku Marsa. Co ważniejsze, człony rakiet nośnych można teraz wykorzystywać ponownie. Przyczyni się to do obniżenia kosztów programów kosmicznych. Do tej pory człony rakiet bądź rozbijały się o powierzchnię Ziemi, albo spalały się w gęstych warstwach atmosfery i stawały się zupełnie bezużyteczne. Teraz będzie można je wielokrotnie wykorzystywać.

Tym razem podczas pierwszej próby Falcon Heavy udało się odzyskać dwa z trzech takich modułów. To jedno z nielicznych niepowodzeń misji – środkowy człon rakiety nie dotarł na bezzałogową platformę, na której miał wylądować i zakończył swój byt w oceanie. Kolejny lot w kosmos Falcona Heavy Elon Musk (właściciel zarówno Space X jak i Tesli) przewiduje za trzy do sześciu miesięcy. Zależeć to będzie zarówno od tempa budowy nowego środkowego członu rakiety, jak i konkretnych zamówień. Space X to w końcu konkretny biznes. Na razie w kolejce czeka jedynie saudyjski satelita komunikacyjny oraz testowy ładunek dla amerykańskich sił zbrojnych. Ale jeśli się powiedzie, w kolejce ustawią się następni.

Musk nie ukrywa, że chce zainicjować nowy wyścig kosmiczny. Na konferencji prasowej opowiadał jak Space X skonstruowała nową rakietę kosztem 500 milionów dolarów należących do samej spółki. To duża kwota, ale stanowiąca zaledwie ułamek tego, ile kosztowały inne rakiety. Druga na liście najpotężniejszych rakiet Delta IV Heavy jest trzy razy droższa. „Nasz przykład zachęci inne kraje i spółki do podniesienia poprzeczki” – motywuje wynalazca.

Jeszcze większa rakieta

Falcon Heavy to nie ostatnie słowo Muska. Następna w kolejce ma być przepotężna Big Falcon Rocket (BFR), zdolna do przeniesienia setek ludzi w celu kolonizacji Księżyca lub Marsa. Albo do realizowania dużych (i ciężkich) programów na orbicie. Dla Space X to priorytet. Być może nawet poświęci dla Big Falcona plany przewożenia ludzi za pomocą Falcon Heavy. Pierwotnie planowano turystyczne wycieczki wokół Księżyca z wykorzystaniem Falcona Heavy. Prototyp BFR ma być gotowy już w przyszłym roku. Pierwszy orbitalny testowy rejs – za 3 lata. O ile uda się dotrzymać terminów, co Muskowi rzadko się udaje.

Space X jest jednak biznesem i musi na czymś zarabiać. Koniem roboczym spółki pozostaje wciąż rakieta Falcon 9. W zasadzie także Falcon Heavy składa się z lekko zmodernizowanych i połączonych modułów „dziewiątek”. Tylko w 2017 roku właśnie z udziałem tej jednostki nośnej udało się wykonać z powodzeniem 18 misji. Kalendarz na rok bieżący jest jeszcze ambitniejszy. Będą to głównie satelity oraz dostawy do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). A załogowy statek orbitalny Dragon zostanie wyniesiony w kosmos właśnie przez Falcona 9. Najpierw bez człowieka na pokładzie, potem już z astronautami lecącymi na ISS. Ma to nastąpić jeszcze w tym roku. Musk planuje tu kolejne wielkie przyspieszenie i odpalanie rakiet co 2-3 tygodnie. Choć w szybką kolonizację Księżyca i Marsa, o których opowiada Musk, nikt raczej nie wierzy.

Orbitalny marketing

Dziś trudno zainteresować opinie publiczną sukcesami kosmicznymi. Efekciarstwo Muska ma więc swoje uzasadnienie. Debiut nowej rakiety, choćby najpotężniejszej, jest z pewnością mniej sexy od widoku „Starmana” patrzącego na błękitny glob zza kierownicy czerwonego sportowego auta za 100 tysięcy dolarów. Tym bardziej, że przypomina tym samym, że kontrolowana przez niego Tesla produkuje auta z napędem elektrycznym i jest coraz bliżej skonstruowania w pełni autonomicznego pojazdu obywającego się bez kierowcy. Tesla od lat produkuje samochody z napędem elektrycznym z wyższej półki i wyprzedza konkurentów próbujących skonstruować podobne modele, pozwalające na przejechanie kilkuset kilometrów bez konieczności doładowania. Większość tej produkcji rozchodzi się w sprzedaży bezpośredniej w USA, przede wszystkim w proekologicznej Kalifornii. O tym, że firma nadal przynosi straty latający po orbicie „Starman” w prawdziwym kombinezonie astronauty już nie przypomina.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

 

fot.SPACEX/HANDOUT/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Ameryka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*