Joe Biden, czyli mission impossible

 

fot.Valda Kalnina/EPA

fot.Valda Kalnina/EPA

W ciągu najbliższych kilku tygodni dowiemy się czy wiceprezydent Joe Biden będzie się starał o nominację Partii Demokratycznej w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Szanse na sukces ma raczej niewielkie, bo pewną faworytką do nominacji wydaje się być dziś Hillary Clinton. A jednak…

Biden zachowuje się tak, jakby ciągle jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji. Rozmawia z wyborcami. Jego komitet polityczny (PAC) Draft Biden rozsyła e-maile do wyborców. Ale ciągle nie buduje przedwyborczej infrastruktury potrzebnej do wygrania wyścigu o nominację.

Kandydować, nie kandydowć?

Teoretycznie urząd wiceprezydenta jest idealną trampoliną, pozwalającą na skok do Białego Domu. Ale nie daje gwarancji sukcesu. Ostatni raz w historii urzędujący wiceprezydent wygrał wybory w 1988 roku. Był to George Bush (ojciec), który przejął stery z rąk kończącego drugą kadencję Ronalda Reagana. Potem jeszcze próbował demokrata Al Gore w 2000 roku. Jak to się skończyło – wiemy. Choć zdobył więcej głosów od George’a W. Busha (syna) przegrał w kontrowersyjnych okolicznościach wybory na Florydzie i to republikanin wprowadził się do Białego Domu na kolejne 8 lat.

Właściwie tylko zastępca “W” Dick Cheney nie przymierzał się poważnie do prezydentury po rządzącym przez 8 lat prezydencie. Ale i tu trudno się dziwić. Cheney przez obie kadencje należał do najbardziej nielubianych polityków w USA, z ogromnym negatywnym elektoratem, a biorąc pod uwagę notowania George’a W. Busha nie miałby w wyborach prezydenckich żadnych szans.

Teraz przed podobnym dylematem – kandydować, nie kandydować – stanął wiceprezydent Joe Biden. I choć nie jest politykiem nielubianym, to decyzja o wskoczeniu do wyborczego pociągu do łatwych należeć nie będzie. Bo obecny wiceprezydent ma niewielkie szanse na nominację, a na zgłoszeniu kandydatury może więcej stracić niż zyskać. Może być to dla niego koniec politycznej kariery, o ile w ogóle będzie chciał ją kontynuować.

fot.Olivier Douliery/Pool/EPA

fot.Olivier Douliery/Pool/EPA

Autentyczny i twardy

Bidena – co jest w tej profesji rzadkością – cechuje autentyzm i umiejętność bronienia słusznych (jego zdaniem) spraw. Potrafi wbiegać w tłum i godzinami rozmawiać z ludźmi, a jednocześnie popełniać polityczne gafy i być przedmiotem kpin wieczornych programów satyrycznych. Amerykanie postrzegają go z jednej strony jako polityka o dość niewyparzonym języku, z drugiej, jako człowieka dotkniętego przez całą serią rodzinnych tragedii i przyjmującego to doświadczenie życiowe z ogromną godnością.

Los go rzeczywiście nie oszczędzał. W wieku 30 lat, tuż po wywalczeniu miejsca w Senacie USA, Biden stracił w wypadku samochodowym swoją żonę oraz roczną córkę. Ciężko ranny został 3-letni wówczas syn – Beau, który umarł zaledwie dwa miesiące temu w wieku 46 lat, przegrywając walkę z rakiem mózgu. Podobno według komentatorki “New York Timesa” Maureen Dowd o start w wyborczym wyścigu miał prosić ojca umierający syn.

W polityce jednak nie ma nic czystego i waszyngtońscy dziennikarze przez kilka dni strzępili swoje języki i łamali pióra, zastanawiając się, czy nie był to kontrolowany przeciek z obozu wiceprezydenta.

Sam Biden też został dotknięty przez ciężką chorobę. W 1988 przeszedł dwie operacje z powodu anewryzmu czaszkowego. Szanse na przeżycie wynosiły w tym wypadku 50 procent.

Biden w podobny sposób co była sekretarz stanu kojarzy się z Barackiem Obamą. Ale przede wszystkim – nie jest kobietą. A Hillary Clinton z pewnością będzie chciała wykorzystać historyczną szansę zostania pierwszą przedstawicielką płci pięknej w Białym Domu

Joe kontra Hillary

Dziś Biden nie ma większych szans na wyprzedzenie Hillary Clinton w wyścigu o nominację. Jego kandydatura posiada wiele wad w porównaniu z potencjalną konkurentką. Przede wszystkim jest politykiem starszej generacji, znanym i “opatrzonym” przez elektorat. Ma w swojej karierze kontrowersyjne momenty, takie jak sprzeciwienie się planom integracji szkół publicznych przez dowożenie dzieci różnych ras (1975 r.), co w przypadku demokraty było co najmniej niecodzienne.

Jego dzisiejsze poglądy nie odbiegają jednak w jakiś szczególny sposób od jego potencjalnej przeciwniczki. Trudno więc byłoby przekonać demokratyczny elektorat podczas prawyborów, dlaczego właśnie on, a nie przygotowująca się od lat do prezydentury Hillary Clinton, powinien otrzymać partyjną nominację. Biden w podobny sposób co była sekretarz stanu kojarzy się też z Barackiem Obamą. Ale przede wszystkim – nie jest kobietą. A Hillary Clinton z pewnością będzie chciała wykorzystać historyczną szansę zostania pierwszą przedstawicielką płci pięknej w Białym Domu. Nie mówiąc już o takich “drobiazgach”, jak pieniądze na prowadzenie kampanii. Clinton ma możliwość zgromadzenia znacznie większych sum na utorowanie sobie drogi na Pennsylvania Avenue niż urzędujący wiceprezydent. Była pierwsza dama ma także za sobą dość sporą rzeszę autentycznych i fanatycznych zwolenników – o takiej grupie fanów Biden mógłby tylko pomarzyć.

“Temat znów wypłynął, bo kampania sekretarz Clinton lekko utknęła i dał o sobie znać jej negatywny elektorat. To powinno przekonać zwolenników Bidena do ponownego rozważenia problemu” – mówi o planach obozu związanego z wiceprezydentem Ed Rendell, były gubernator Pensylwanii i jeden z przyjaciół Bidena. Nawet on jednak przyznaje, że na tym etapie uruchomienie od zera kampanii, byłoby ekstremalnie trudne.

Kandydat bez szans

Biden tak naprawdę miałby szansę na nominację w przypadku całkowitego złamania kampanii Hillary Clinton. Po lewej stronie sceny politycznej nikt by sobie jednak nie życzył takiego scenariusza. Gdyby w obozie najpoważniejszej kandydatki Partii Demokratycznej do Białego Domu doszło do jakiejś katastrofy, to praktycznie prezydentura przypadłaby republikanom.

Biden skazany jest więc na porażkę i miałby mniejsze szanse na zajęcie drugiego miejsca w prawyborach niż Bernie Sanders. Wówczas jednak pozostałoby też otwarte pytanie czy w ostatecznym starciu z którymkolwiek z republikanów np. Jebem Bushem czy Scottem Walkerem miałby jakiekolwiek widoki na wygranie.

Przed Joe Bidenem, który zobowiązał się do ogłoszenie decyzji jeszcze przed końcem lata, niełatwy wybór. Bo jak tu wybierać między kapitulacją z rozsądku, a śmiercią z honorem?

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

fot.Yuriy Maksimov/EPA

fot.Yuriy Maksimov/EPA

 

Categories: Ameryka, Wybory 2016

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*