Dzieci, prezydent i zero tolerancji

Dzieci, prezydent i zero tolerancji

Po kilkudziesięciu godzinach medialnej burzy i powszechnego oburzenia prezydent Donald Trump został zmuszony do ustępstwa. W środę, w Białym Domu podpisał rozporządzenie wykonawcze, zabraniające rozdzielania rodzin nielegalnych imigrantów łapanych na granicy.

Zgodnie z decyzją prezydenta osoby dorosłe nie będą przekazywane pod kuratelę Departamentu Sprawiedliwości w przypadku postawienia im zarzutów o nielegalne przekroczenie granicy. Zamiast tego pozostaną ze swoimi dziećmi w zamkniętych ośrodkach pod opieką Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, ale ciągle bez możliwości wyjścia na wolność.

Tysiące małych imigrantów

Statystycznie, oddzielane od rodziców dzieci stanowią zaledwie ułamek problemu. Według danych, skompilowanych przez Kongres i Straż Graniczną, w latach 2009-2016 na południowej granicy USA pojawiło się ponad 242 tysiące dzieci, którym nie towarzyszyła żadna osoba dorosła. To około 30 tys. osób rocznie. W 2016 roku było to około 20 tys. dzieci. W tym samym roku na granicy przechwycono około 23 tys. rodzin, a właściwie tzw. family units (przynajmniej jeden małoletni wraz osobą dorosłą – rodzicem lub legalnym opiekunem).
W normalnym postępowaniu, zgodnie z prawem federalnym z 2008 roku, dzieci pozbawione opieki są oddawane pod opiekę Department of Health and Human Services, a następnie przekazywane bliższym lub dalszym członkom rodziny, najlepiej w ciągu 20 dni.

Między segregacją a internowaniem

W przypadku dzieci przechodzących granicę w towarzystwie dorosłych, konsekwencje prowadzonej od kwietnia polityki “zerowej tolerancji” wobec nielegalnej imigracji okazały się bulwersujące. Dla dorosłych nie istnieją zapisy prawne, pozwalające na pozostanie w USA, nawet jeśli pojawili się na granicy z maluchami. Skoro rodzice mają odpowiadać za nielegalne przekroczenie granicy i oczekiwać na proces w więzieniach, nie można posyłać ich za kraty z dziećmi. W takiej sytuacji nieletnich zaczęto traktować tak, jakby przekroczyli granicę na własną rękę. Gdy media przekazały komunikat Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, że od kwietnia 2342 dzieci zostało odebranych imigrantom z Meksyku, Hondurasu, Salwadoru i Gwatemali, w społeczeństwie zawrzało. Tym bardziej, że dzieci, często kilkumiesięczne niemowlęta, oddzielano od rodziców, niejednokrotnie uciekając się do podstępu.

Powszechne potępienie

Nie zabrakło ostrych słów potępienia. Od Trumpa odwróciło się wielu sojuszników, w tym na przykład konserwatywne kościoły baptystów z Południa. Swój sprzeciw wyraziła także Konferencja Amerykańskich Biskupów Katolickich. Na południową granicę pojechali protestować przedstawiciele opozycji z Partii Demokratycznej. W liberalnym Hollywood prezydenta potraktowano jak faszystę. Piosenkarz Bruce Springsteen wręcz przerwał występ na Broadwayu oświadczając: “Jesteśmy świadkami szokujących i skandalicznie nieludzkich scen, jakie rozgrywają się na granicy amerykańskiej, które budzą naszą wściekłość.” Dwaj najwięksi przewoźnicy w USA – American Airlines i United Airlines – poinformowali, że nie będą przyjmować na pokład deportowanych imigrantów ani przewożonych z miejsca na miejsce dzieci, bo nie chcą być kojarzeni z praktykami administracji.
Oburzenie okazało się powszechne. Joe Scarborough, były kongresman, a obecnie dziennikarz liberalnej stacji MSNBC, wręcz porównał praktyki administracji do działań hitlerowców. Tylko niewiele łagodniej potraktowała sprawę Laura Bush, żona przedostatniego prezydenta USA, która nawiązała do wstydliwej praktyki internowania Amerykanów japońskiego pochodzenia podczas II wojny światowej. Analogia między anty-imigrancką a anty-japońską psychozą nasuwała się sama.

W pętli kłamstw i zaprzeczeń

Aż do podpisania rozporządzenia administracja utrzymywała, że nie rozdziela celowo rodzin. Według Białego Domu to istniejące ustawy i orzeczenia sądowe wymuszały prowadzenie polityki separowania dzieci od rodziców. Słyszeliśmy też, że tylko Kongres mógłby odwrócić taki bieg rzeczy, a decyzja prezydenta niewiele tu zmieni. “Nie można tego załatwić drogą rozporządzenia wykonawczego” – mówił jeszcze 15 czerwca Donald Trump. “Kongres i sądy stworzyły ten problem i tylko Kongres może go rozwiązać” – opowiadała dziennikarzom 18 czerwca szefowa Departamentu Krajowego Kirstjen Nielsen. Dzień wcześniej to właśnie ona wpisała na Twitterze: “Nie prowadzimy polityki rozdzielania rodzin na granicy. Koniec kropka.” Wszystkie te twierdzenia okazały się nieprawdziwe. Gdy za nierozdzielaniem rodzin opowiedzieli się gremialnie republikanie na Kapitolu, a zdjęcia małych imigrantów obiegły cały świat, straty wizerunkowe okazały się zbyt wysokie. Nagle okazało się, że problem można rozwiązać jednym pociągnięciem prezydenckiego pióra. Pomocną dłoń wyciągnęła do ojca Ivanka Trump, która osobiście poprosiła o zaprzestanie praktyki rozdzielania rodzin. Prezydentowi trudno było nie posłuchać apeli płynących od najbliższej rodziny.

Recepta na katastrofę?

Prezydenckie rozporządzenie nie zmieniło jednak polityki “zera tolerancji” – rodzice nadal będą sądzeni za nielegalne przekroczenie granicy. “Będziemy dążyli do tego, aby rodziny przebywały razem, ale wciąż musimy być twardzi, aby nasz kraj nie został zatratowany przez ludzi, przestępczość i inne rzeczy, których sobie nie życzymy” – zapewnia wciąż prezydent Donald Trump. Kiedy? Nie wiadomo, bo w regionach przygranicznych sądy są sparaliżowane z powodu ogromnej liczby rozpatrywanych spraw. To wszystko w połączeniu z nowym rozporządzeniem wykonawczym prezydenta może jeszcze pogłębić logistyczny koszmar. Bo gdzie umieszczać zatrzymywane rodziny z dziećmi, tak aby przebywały pod kontrolą w godnych warunkach, czekając na proces i ewentualną deportację? Miejsc w rządowych ośrodkach wkrótce przecież zabraknie. O wypuszczeniu rodzin na wolność administracja nie chce nawet myśleć, obawiając się, że znikną one gdzieś w przepastnych przestrzeniach Ameryki.
W ten sposób polityka “zera tolerancji” przyniosła więcej szkody niż pożytku. Nic więc dziwnego, że nawet republikańska większość w Kongresie chce zakończenia tych praktyk, przynajmniej do czasu przyjęcia ustaw reformujących system imigracyjny. Problem w tym, że na to też nie ma większych szans.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Na zdjęciu:

Dzieci imigrantów rozdzielone z rodzicami, w ośrodku w McAllen w Teksasie

fot.US Customs And Border Patrol/Handout/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Ameryka, Imigracja

Comments

  1. dosmucacz
    dosmucacz 24 czerwca, 2018, 19:46

    Joe Scarborough zapewne spał na lekcjach historii i nie ma zielonego pojęcia o faszyzmie i nazizmie. Prawie zerowa znajomość historii dotyczy wszystkich komentatorów, którzy porównują Trumpa i jego zwolenników do faszystów. Jak chcą komuno-faszystów to znajdą ich na amerykańskich uczelniach i w mediach, gdzie prowadzona jest totalna antyamerykańska propaganda i tępiona wolność wypowiedzi.

    Reply this comment
    • krzych
      krzych 25 czerwca, 2018, 21:06

      O ile dobrze pamietam to jestes w polsce wiec zajmnij sie pisowskim scierwiem i nie troluj tutaj because u dont knot what r u talking about.

      Reply this comment
  2. Aga
    Aga 25 czerwca, 2018, 15:42

    Przykre….ale prawdziwe…trzeba zrobic porzadek.
    Przez lata rzady odkladaly ten problem na pozniej bo tak bylo wygodnie dla obu partii I teraz jest balagan
    Ludzie musza wracac skad przyszli Ameryka jest naciagnieta jak gumka od gaci!!Ten kraj nie moze przyjmowac I przyjmowac emigrantow nie stac nas na to

    Reply this comment
    • krzych
      krzych 25 czerwca, 2018, 20:52

      Powiem krotko, wypierdalaj skad przyszlas!

      Reply this comment
      • niklot
        niklot 26 czerwca, 2018, 01:45

        krzychu ty zdemoralizowany gnojku, wyrzucać to ty może wszy ze swojej kołdry i gówno ze swoich gaci 🙂

        Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*