Donald, Hillary i… ten trzeci

Donald Trump fot.Justin Lane/EPA

Donald Trump fot.Justin Lane/EPA

 

Po prawyborczych wyścigach dwóch głównych partii – demokratycznej i republikańskiej, w każdym cyklu wyborczym pojawia się temat kandydata tzw. trzeciej partii. Nie inaczej jest i tym razem.

W wyborach prezydenckich zawsze bierze udział wielu kandydatów, choć walkę o Biały Dom od lat tak naprawdę toczy tylko dwóch z nich. Na listach wyborczych można zobaczyć nazwiska polityków choćby z lewicowej Green Party, ultrakonserwatywnej Constitution Party, czy zwalczającej państwo opiekuńcze Libertarian Party. Ich wyniki nigdy nie były imponujące. Np. kandydat tej ostatniej partii Gary Johnson uzyskał w 2012 r. świetny wynik – 1 proc. poparcia wyborców.

Przewrotna rola trzeciego

Jednak biorąc pod uwagę negatywny elektorat faworytów prawyborczych wyścigów Partii Demokratycznej i Republikańskiej, niemal już przesądzoną rywalizację Donald Trump kontra Hillary Clinton może zakłócić ktoś trzeci. I głosy oddane na „niezależnego” kandydata nie będą jedynie wyrazem politycznego protestu przeciwko politycznemu układowi sił, ale przy bardzo szczęśliwym obrocie rzeczy mogą zapewnić mu miejsce w Białym Domu.

Z prawa i z lewa

Tym razem interes, aby włączyć do gry kogoś trzeciego, kto namieszałby porządnie na scenie politycznej zaburzając ustaloną przez obyczaj rywalizację republikanów i demokratów, mają przedstawiciele zarówno lewej, jak i prawej strony sceny politycznej. Senator Bernie Sanders, który mocno utarł nosa Hillary Clinton (ostatnio wygrał w Wirginii Zachodniej) mógłby odegrać w wyborach poważną rolę. Zyskałby bowiem głosy najliberalniejszej grupy lewicowo nastawionych wyborców, uważających nie bez racji, że była pierwsza dama USA poszła w ciągu swej kariery na zbyt wiele kompromisów politycznych. Nie bez powodu sam Donald Trump wzywa głośno Berniego Sandersa do wystartowania w listopadzie jako kandydat niezależny. Każdy głos oddany na senatora z Vermont pracowałby na korzyść… republikańskiego miliardera.

Ale to po stronie republikanów start tzw. trzeciego kandydata dawałby pewną szansę na wyeliminowanie Donalda Trumpa, za którym partyjny establishment raczej nie przepada.

Hillary Clinton fot.Peter Foley/EPA

Hillary Clinton fot.Peter Foley/EPA

(…) jedynym niezależnym politykiem wywodzącym się spoza dwóch głównych ugrupowań, który została prezydentem był… Jerzy Waszyngton

Wybory nie bardzo powszechne

Amerykański system wyborczy jest skomplikowany i mocno różni się od europejskiego. Większość mieszkańców USA nie zdaje sobie sprawy, że nie wybieramy swoich prezydentów w wyborach bezpośrednich. O zwycięstwie nie zawsze decyduje zdobycie największej liczby głosów, o czym notabene przekonał się boleśnie Al Gore w 2000 roku. W skali całego kraju zdobył więcej głosów od George’a W. Busha, ale przegrał w decydującym o zwycięstwie stanie – na Florydzie. Głosy Gore’owi odebrał także kandydat Partii Zielonych (Green Party) Ralph Nader.

Zgodnie z konstytucją nowym prezydentem zostaje osoba, która zdobędzie większość w kolegium elektorów. Electoral College to 535 osób – liczba równa składowi Kongresu (kongresmanów i senatorów razem wziętych). W każdym z 50 stanów obowiązuje inna ordynacja regulująca zasady zgłaszania kandydatów (często blokujące osoby spoza dwóch głównych partii) oraz podziału głosów, choć w większości z nich obowiązuje zasada „zwycięzca bierze wszystko”.

Paradoksalnie może się jednak zdarzyć, że prawicowy kandydat trzeciej partii może skutecznie uniemożliwić wybór prezydenta USA w drodze wyborów i sam zostać prezydentem, jeśli jako outsider wygra wybory w jednym dużym i znaczącym stanie. Jeśli ani republikanin, ani demokrata nie uzyska zwykłej większości w kolegium elektorów o wyborze prezydenta zdecyduje Izba Reprezentantów. To może być ostatnią nadzieją dla republikanów, gdyby chcieli zastopować Donalda Trumpa i Hillary Clinton zarazem. To kolejny paradoks. Bernie Sanders jako trzeci kandydat osłabiałby przede wszystkim panią Clinton. Republikanin startujący przeciwko Trumpowi miałby szansę na sukces.

W izbie niższej Kongresu to właśnie republikanie mają zdecydowaną większość i wszystko wskazuje na to, że utrzymają ją także po listopadowych wyborach. A ci mieliby do wyboru nie dwóch, a trzech kandydatów – w tym republikańskiego outsidera. Nic więc dziwnego, że establishment Partii Republikańskiej bardzo uważnie ostatnio studiuje konstytucję. Ale taki scenariusz byłby bardzo ryzykowny. Wystawienie przez republikanów trzeciego kandydata może wypromować kandydatkę demokratów – Hillary Clinton. Zdaje sobie z tego świetnie sprawę przewodniczący Republican National Committee Reince Priebus, który uważa, że wystawienie trzeciego kandydata do wyścigu byłoby misją samobójczą. “Są inne metody zagwarantowania, że sprawy nie pójdą w złym kierunku” – mówił niedawno Priebus, odnosząc się przede wszystkim do nieprzewidywalności Trumpa.

Zbyt duże ryzyko?

Zapewnienie temu trzeciemu zwycięstwa w jednym choćby stanie w celu przechwycenia głosów elektorskich wymagałoby nie lada wysiłku oraz ogromnych pieniędzy. Nie udało się to nawet w 1992 roku Rossowi Perotowi, niezależnemu kandydatowi, który w minionym ćwierćwieczu zdobył najwyższe poparcie (19 proc. nie dało mu zwycięstwa nawet w jednym stanie) jako “ten trzeci”, a jedynym niezależnym politykiem wywodzącym się spoza dwóch głównych ugrupowań, który została prezydentem był… Jerzy Waszyngton. Trzeba by było też znaleźć na prawicy kandydata zdolnego do odniesienia sukcesu w takich stanach jak Floryda, czy Ohio, gdzie zwycięzca otrzymałby odpowiednio 39 i 18 głosów elektorskich. Dlaczego akurat z tych dwóch stanów? Stamtąd pochodzą odpowiednio senator Marco Rubio oraz gubernator John Kasich, którzy w miarę dobrze sobie radzili w prawyborczych potyczkach. Ted Cruz wykluczył już swój start jako “ten trzeci”, więc trudno liczyć komukolwiek na pokonanie Trumpa w Teksasie. Niedoszły prezydent Mitt Romney usiłował jeszcze przekonać do startu senatora z Nebraski Bena Sasse. Ale też bezskutecznie.

Republikanie ciągle szukają więc kandydata, który mógłby wyeliminować Trumpa. To jednak stąpanie po bardzo cienkiej linie, bo taka strategia może zapewnić demokratom miejsce w Białym Domu na kolejne cztery lata. A to ostatnia rzecz jakiej mogliby sobie życzyć.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Categories: Ameryka, Wybory 2016

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*