Demokracja po amerykańsku: i Ty możesz być podejrzany

Konstytucyjne prawa Amerykanów coraz częściej obwarowywane są wyjątkami, a tworzone profile potencjalnych terrorystów prawie każdemu mogą nadać status „osoby podejrzanej”. Ostatnio okazało się też, że funkcjonuje program inwigilacji zagranicznych użytkowników takich serwisów jak Google, Yahoo, You Tube, Facebook. Czy za poszukiwaniem zamachowców musi iść zamach na wolność?

Agent służb celnych odczytujący prawa Mirandy fot. U.S. Dept. of Homeland Security

Agent służb celnych odczytujący prawa Mirandy fot. U.S. Dept. of Homeland Security

„Masz prawo do zachowania milczenia. Wszystko co od tej pory powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie w sądzie…”.

Wygłoszenie tej standardowej formułki jest gwarantowane w USA od 1966 roku, kiedy to 13 czerwca Sąd Najwyższy orzekł na korzyść Ernesta Mirandy. Mężczyźnie podczas aresztowania nie zaproponowano prawa do adwokata i podejrzany przyznał się do porwania i gwałtu 18-latki. Został uznany winnym na podstawie swoich zeznań, jednak Sąd Najwyższy orzekł, iż naruszono piątą poprawkę do konstytucji broniącą przed samooskarżeniem. Tym samym sąd nakazał informowanie aresztowanych o ich prawach przed przesłuchaniem. (Ernesto Miranda i tak nie uniknął kary. Na podstawie zebranych dowodów i zeznań świadków został ponownie skazany na 11 lat pozbawienia wolności.)

Prawa Mirandy weszły do społecznego krwioobiegu, jednak USA, zwłaszcza od czasów zamachów terrorystycznych 11 września, coraz śmielej uzurpują sobie prawo do ograniczania swobód obywateli już nie tylko Ameryki, ale i świata.

Za George’a W. Busha prawa Mirandy pierwszy raz zatonęły, gdy przyjęto, że terroryści mają być sądzeni w trybie wojskowym, gdzie prawo cywilne nie ma zastosowania. Natomiast za administracji Baracka Obamy FBI może posługiwać się wyjątkiem przewidzianym w prawie cywilnym, mówiącym o tym, że odczytanie praw Mirandy można tymczasowo zawiesić, jeśli występuje „bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego”. Tak zdarzyło się całkiem niedawno, podczas przesłuchań oskarżonego o zamachy w Bostonie Dżochara Carnajewa. Nigdy nie dowiemy się jednak, jak wyglądało to przesłuchanie, czy nie doszło do wymuszenia zeznań, etc.

Jeszcze bardziej patologiczną w tym zakresie sytuację obserwujemy w Guantanamo, gdzie przebywa ponad 150 więźniów podejrzanych o terroryzm. Zgadza się – podejrzanych, a nie oskarżonych, bo przypomnijmy, że prezydent Barack Obama pod koniec 2011 roku podpisał ustawę o obronności [w ramach budżetu na 2012 r., National Defense Authorization Act (NDAA)] upoważniającą USA do nieograniczonego więzienia podejrzanych o terroryzm bez stawiania ich w stan oskarżenia…

Znamy już historie o „ulepszonych technikach przesłuchań” (ang. enhanced interrogation techniques), które okazały się niczym innym jak torturami. W ostatnim czasie doszła kolejna z serii walki z terroryzmem – program PRISM działający pod egidą NSA i pod pozorem wyrafinowanych metod zapobiegania zamachom stosujący masową inwigilację.

Całkowicie legalną, choć przecież będącą przejawem rażącego lekceważenia prywatności. Od 2008 roku pracownicy PRISM zbierają dane dotyczące rozmów telefonicznych, plików i e-maili użytkowników serwisów takich jak Yahoo, Google, Facebook, Skype, YouTube, Apple, Microsoft. Zwolennicy procedur argumentują, że przecież nikt nie gromadzi danych dotyczących samych treści, ale można tylko spekulować, ile osób już ucierpiało, a ile ucierpi, na skutek błędów w interpretacji tak gigantycznych ilości informacji.

Przeciek o monitorowaniu wszelkiej aktywności w sieci i połączeń telekomunikacyjnych odbija się echem na całym świecie, wpłynęły też już pierwsze pozwy przeciwko rządowi, m.in. ze strony Amerykańskiej Unii Swobód obywatelskich (ACLU), choć agencja NSA nie widzi problemu, bo przecież przedmiotem jej zainteresowania są tylko potencjalni terroryści. Jednak internauci i abonenci sieci Verizon, która także dostarczała informacji agencji, mają prawo czuć się oszukani, bo padli ofiarami nieusprawiedliwionej „bezpośrednim zagrożeniem” totalnej kontroli.

Pytanie czy to jest wszystko, czego możemy się spodziewać? O ilu programach podobnych do PRISM jeszcze nie wiemy?

Anna Samoń

 

Categories: Ameryka, Na bieżąco

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*