Bolesna lekcja demokracji

Protest przeciwko wyborowi Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, 5 Aleja, Nowy Jork fot.Kevin Hagen/EPA

Protest przeciwko wyborowi Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, 5 Aleja, Nowy Jork fot.Kevin Hagen/EPA

W krajach, gdzie funkcjonują dwupartyjne systemy społeczne poczucie podziału po ważnych wyborach zawsze jest dotkliwe. Ale manifestacje przeciwko wybraniu Donalda Trumpa na 45 prezydenta USA nie mają precedensu. Wynik głosowania okazał się tak niespodziewany, że ogromna rzesza, przeważnie młodych wyborców, ma problem z zakceptowaniem wyników głosowania.

Przepaść trudna do zasypania

Z wyborów na wybory Ameryka wydaje się bardziej podzielona. Kampanie wyborcze już dawno straciły merytoryczny charakter. Widać to było szczególnie w ostatnich tygodniach, kiedy zeszły na bok debaty telewizyjne (wygrane ponoć przez Hillary Clinton), a ich miejsce zajęły portale społecznościowe. Przede wszystkim Twitter, pozwalający na cięte riposty i eskalację emocji. Oddane 8 listopada głosy podzieliły całe miasta, społeczności, grupy społeczne, rodziny… Jaka powinna być przyszła Ameryka? Taka jaką proponuje prezydent elekt Donald Trump, czy taka, jaką sobie wyobrażała Hillary Clinton? To były dwie wykluczające się oferty. I ktoś musiał przegrać.

Zasypywania przepaści podjęli się liczni kapłani, pastorzy, kaznodzieje i duchowni wszystkich wyznań. W całym kraju odbywają się nabożeństwa i modlitwy o pojednanie. I to w tym samym czasie, gdy przez Stany Zjednoczone przetacza się fala protestów przeciwko wynikom wyborów, a odchodzący prezydent Barack Obama jeździ po całym świecie i zapewnia sojuszników, że Ameryka ich nie opuści.

To nie koniec demokracji

W tym roku trudno będzie zabliźnić wszystkie rany, jakie zadano podczas kilkunastu miesięcy brutalnej kampanii. W tych wyborach nie można było „być trochę w ciąży“. Trzeba było opowiedzieć się po jednej ze stron. Nawet głosy oddane na kandydata trzeciej partii lub absencja działały na korzyść jednej osoby – Donalda Trumpa. Zrozumieli to poniewczasie na przykład ci zwolennicy lewicowego senatora Berniego Sandersa, którzy zawiedzeni jego prawyborczą porażką, postanowili w ogóle nie głosować. Inna sprawa, że Hillary Clinton zrobiła w kampanii niewiele, aby przyciągnąć ich do lokali wyborczych.

Protest w Los Angeles fot.Mike Nelson/EPA

Protest w Los Angeles fot.Mike Nelson/EPA

Teraz zawiedzeni imigranci, kolorowi, kobiety, czy członkowie społeczności LGBT wyrażają na ulicach swoje obawy przed rasizmem, seksizmem, homofobią czy dominacją białych, jakie ich zdaniem może przynieść prezydentura Donalda Trumpa. I to pomimo tego, że prezydent elekt nie przedstawił jeszcze ani spójnej wizji swojej prezydentury, ani pełnego zespołu swoich przyszłych współpracowników. Intensywność emocji związanych z bezpardonową i miejscami brudną kampanią sprawia, że zapomina się o tym, iż w USA obowiązuje system wzajemnej kontroli poszczególnych gałęzi władz. Dzięki check and balances Biały Dom, Kongres i instancje sądownicze z Sądem Najwyższym na czele dość skutecznie zapobiegają nadużyciom władzy.

Zasypywania przepaści podjęli się liczni kapłani, pastorzy, kaznodzieje i duchowni wszystkich wyznań. W całym kraju odbywają się nabożeństwa i modlitwy o pojednanie. I to w tym samym czasie, gdy przez Stany Zjednoczone przetacza się fala protestów przeciwko wynikom wyborów

Młodzi demonstranci często pokreślają w kontaktach z mediami, że chodzi nie tylko o odsunięcie Donalda Trumpa od władzy, ale o pokazanie solidarności z mniejszościami. Według nich prawa tych ostatnich będą poważnie zagrożone. „To sygnał, że jesteśmy z nimi, niezależnie od tego, kto mieszka w Białym Domu“ – tłumaczyła jedna z uczestniczek protestu w Los Angeles, w którym masowo wzięli udział nie tylko studenci, ale także uczniowie szkół średnich, często nie posiadający jeszcze praw wyborczych. Ta grupa wyborców mówi, że widzi w Trumpie i jego sojusznikach zagrożenie dla swoich praw.

Protestujący w Nowym Jorku przed Trump Tower fot.Peter Foley/EPA

Protestujący w Nowym Jorku przed Trump Tower fot.Peter Foley/EPA

Dwie grupy protestu

Dla wielu politologów protesty są dowodem na głęboki podział wśród sfrustrowanych wyborców kontestujących istniejący system polityczny. Jedni w wyrazie protestu poparli w wyborach Donalda Trumpa, inni, zorientowani bardziej na lewo, symbol zmian widzieli raczej w senatorze Sandersie. Tylko część tego elektoratu przeniosła głosy na Hillary Clinton, będącej uosobieniem waszyngtońskiego establishmentu.

Protesty dotyczą też samego systemu wyborczego w USA, czy strukturze Partii Demokratycznej. Hillary Clinton, która po nocy wyborczej postarzała się przed kamerami o dobre kilkanaście lat, nadal wzywa młodych wyborców do walki o wyznawane wartości. „Ameryka jest tego warta“ – apelowała podczas pierwszego oficjalnego wystąpienia po porażce. Oczywiście nie ma mowy o podważaniu wyników wyborów. Warto jednak pamiętać, że oddolne protesty młodych odgrywały w przeszłości kluczową rolę w historii ruchów społecznych w Stanach Zjednoczonych. Tak było chociażby z walką o prawa wyborcze Afroamerykanów, czy o równouprawnienie mniejszości etnicznych i seksualnych. Dziś młodzi protestują przeciwko systemowi, który po raz kolejny w ciągu 16 lat i po raz piąty w historii USA wynosi do prezydentury człowieka, który w głosowaniu powszechnym uzyskał mniej głosów niż przegrany kontrkandydat.

Ale protestowali też wyborcy Trumpa, bo przecież jego zwycięstwo było wyrazem powszechnego sprzeciwu wobec obowiązującego systemu. To były głosy oddane przeciwko waszyngtońskiemu establishmentowi, globalizacji i ucieczce miejsc pracy, rządom wielkich korporacji, kryzysowi klasy średniej, czy końcowi marzeń o American Dream. Wreszcie – przeciw wszechogarniającej i zabijającej autentyczną dyskusję politycznej poprawności. A Trump, który w doskonały sposób wykorzystał partyjny system prawyborczy, w mistrzowski sposób wczuł się w nastroje elektoratu.

Jaka naprawdę będzie prezydentura Donalda Trumpa – trudno dziś przewidzieć. Ale buntu młodych i poczucia głębokiego podziału nie wolno dziś lekceważyć. Trendy demograficzne sprawiają, że pytanie – kto i w jaki sposób zagospodaruje aktywność młodego elektoratu jest pytaniem o to, kto będzie wygrywał kolejne wybory.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Protest uczniów w Waszyngtonie fot.Shawn Thew/EPA

Protest uczniów w Waszyngtonie fot.Shawn Thew/EPA

Categories: Ameryka, Wybory 2016

Comments

  1. RP
    RP 20 November, 2016, 15:53

    Obama was not my president, but I wasnt protesting…I guess I was too busy working and not relying on welfare.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*