Podróż Trumpa do Azji – sukces czy osłabienie amerykańskiego przywództwa?

fot.ANDREW HARRER/POOL/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Zdaniem prezydenta USA Donalda Trumpa, jego zakończona we wtorek podróż do Azji była sukcesem, jednak w rzeczywistości niewiele udało mu się osiągnąć. Jego rozmowa z rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem na szczycie APEC dodatkowo obniża ocenę tej podróży.

12-dniowa podróż miała potwierdzić gwarancje bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych dla ich sojuszników w Azji Wschodniej, ważne wobec rosnącej potęgi Chin i nuklearnych ambicji Korei Północnej. Celem Waszyngtonu jest powstrzymanie tych zbrojeń Pjongjangu i z podróżą Trumpa łączono nadzieje na postęp w tej sprawie. Prezydent liczył też, że doprowadzi do zmniejszenia deficytu handlowego USA w wymianie z krajami regionu, zwłaszcza z Chinami. Amerykańscy komentatorzy, nawet krytyczni zwykle wobec Trumpa, przyznają, że tym razem nie popełnił on poważniejszej gafy, nie wysyłał w czasie podróży żenujących tweetów, a jego przemówienia – zwłaszcza w Seulu – były dobrze przyjęte przez jego gospodarzy, którzy ponadto podejmowali go z wielkimi honorami, co Trump wyjątkowo sobie ceni.

W czasie wizyt w Japonii i Korei Południowej stworzona w ten sposób dobra atmosfera umacniała przesłanie, że USA nie opuszczą sojuszników i będą nadal militarnie zaangażowane w Azji Wschodniej. Potwierdza to obecność lotniskowców amerykańskich na zachodnim Pacyfiku i tarczy rakietowej w regionie. Podkreśla się też, że Trump uniknął w czasie podróży nadmiernie wojowniczej retoryki pod adresem Pjongjangu, która podsyca napięcie, nie przynosząc praktycznych korzyści.

Eksperci są jednak sceptyczni, czy militarna obecność USA w Azji równa się zwiększeniu także politycznego zaangażowania, na co nalegają przyjaciele Ameryki na kontynencie obawiający się Chin. Powodem jest brak wyraźnego kursu Trumpa wobec Azji, poza fiksacją na punkcie handlu z krajami regionu, chociaż ekonomiści podkreślają, że deficyt w wymianie z nimi nie szkodzi specjalnie gospodarce USA. Podróż nie rozproszyła tych wątpliwości. „Podczas wizyty w Azji prezydent nie zdołał przekonać swych azjatyckich partnerów, że USA są gotowe na większe zaangażowanie w regionie, stanowiące przeciwwagę dla ChRL” – uważa ekspert PISM Marcin Przychodniak.

Wracając do kraju Trump chwalił się zawarciem umów handlowych z Chinami wartości 253 mld dol., ale przemilczał, że chodzi tu głównie o porozumienia zawarte już wcześniej albo będące na etapie wstępnych ustaleń, jak tzw. Memorandum of Understanding, których warunki bywają zmieniane w toku negocjacji.

Z komunikatów po rozmowach z prezydentem Chin Xi Jinpingiem nie wynika, by Pekin ustąpił w tak kluczowych sprawach jak protekcjonistyczne bariery dla towarów i inwestycji amerykańskich w Chinach czy wymóg dzielenia się przez inwestorów z USA technologiami i know how.

Waszyngtonowi zależy, by Chiny, główny sponsor północnokoreańskiego reżimu Kim Dzong Una, wywarły na niego presję, skłaniając do zahamowania produkcji broni atomowej. Pekin zgodził się tylko na zaostrzenie sankcji finansowych wobec Pjongjangu, ale nie na wstrzymanie dostaw ropy naftowej dla reżimu, co uchodzi za najbardziej skuteczną formę nacisku.

W publicznych wystąpieniach w podróży Trump nie wspomniał o naruszaniu przez Chiny praw człowieka ani przejmowaniu przez nie, z pozycji siły, kontroli nad spornymi wodami Morza Południowochińskiego. W połączeniu z faktem, że Trump obsypywał komplementami i wyrazami szacunku Xi, wywołało to wrażenie, że USA w istocie godzą się bez zastrzeżeń na agresywne poczynania Chin w regionie. Sekretarz stanu Rex Tillerson stwierdził wprawdzie, że kontrowersyjne tematy w stosunkach z Chinami poruszono przy drzwiach zamkniętych, ale jeśli miało to miejsce, to nie widać na razie efektów.

W czasie podróży Trump operował pojęciem „strefy Indo-Pacyfiku”, co podkreśla przymierze Ameryki z demokratycznymi krajami regionu, takimi jak Indie – równie wielkie i gospodarczo dynamiczne jak Chiny. Zdaniem komentatorów jednak przesłanie to zagłuszały niejako wystąpienia prezydenta, w których skarżył się on na straty, jakie ponoszą według niego USA w handlu z Chinami i innymi krajami regionu, oraz jego ataki na wielostronne układy handlowe, jak TPP (Partnerstwo krajów Pacyfiku), z którego Trump wycofał USA zaraz po swej inauguracji.

Prezydent nalegał, by kraje, które odwiedzał, zawierały z USA nowe układy dwustronne mające zastąpić TPP, ale wszędzie spotkał się z odmową. 11 państw, które przystąpiły do TPP, postanowiło umocnić ten pakt i rozważają przyjęcie do niego Chin. Xi tymczasem wygłosił apologię globalizmu i wolnego handlu.

Ewentualny akces Chin do TPP może sprawić, że z racji swej gospodarczej potęgi będą one w stanie narzucić innym uczestnikom układu korzystne dla nich reguły handlu oraz używać TPP jako instrumentu politycznych nacisków. Na razie jednak to Chiny występują w roli obrońcy globalizmu i otwartych granic, a w opinii komentatorów przejmują przywództwo w Azji – ponieważ wyrzekł się go Trump.

„Podróż Trumpa powinno się nazwać Podróżą Pożegnania: pożegnania amerykańskiej potęgi, amerykańskich ideałów i amerykańskiej wiarygodności. Już prezydent Obama zaczął się wycofywać z globalnego przywództwa USA i Trump przyspieszył ten niebezpieczny trend. Czyniąc to oddaje władzę Chinom i osłabia wartości, które Ameryka od dawna promowała na świecie” – pisze w „Foreign Policy” konserwatywny ekspert Rady Stosunków Zagranicznych (CFR) Max Boot.

Na szczycie Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC) nie doszło do oficjalnego spotkania Trump-Putin, którego chciał rosyjski prezydent. Obaj przywódcy rozmawiali jednak ze sobą w kuluarach. Trump powiedział potem, że wierzy, iż Putin był szczery, kiedy zapewnił go, że Rosja nie usiłowała wpłynąć na wynik zeszłorocznych wyborów w USA.

Trump przyznał tym samym, że ma większe zaufanie do prezydenta nieprzyjaznego mocarstwa i byłego agenta KGB niż do własnych, amerykańskich agencji wywiadowczych, które ponad wszelką wątpliwość ustaliły, że Moskwa podrzucała Wikileaks materiały z hakerskich włamań do komputerów Partii Demokratycznej, obciążające jego rywalkę w wyborach Hillary Clinton.

Następnego dnia, zapytany o to przez dziennikarzy, Trump odpowiedział, że „wierzy swoim agencjom wywiadu” pod nowym, powołanym przez siebie kierownictwem. Ich konkluzja w sprawie rosyjskich działań jest jednak taka sama; zaznaczają one tylko, zgodnie z linią Białego Domu, że ingerencja Rosji nie zmieniła decydująco wyniku wyborów w USA.

Komentatorzy w USA dość zgodnie uważają, że spontaniczna pierwsza wypowiedź Trumpa oddaje jego prawdziwe przekonania i intencje. Prezydent podkreślił wtedy, że Putin „czuje się obrażony” oskarżeniami Rosji. Zdaniem ekspertów, Trump podarował Putinowi kolejny prezent, sugerując, że może nadal bezkarnie zakłócać procesy amerykańskiej demokracji.

Tomasz Zalewski (PAP)

Categories: Ameryka, Opinie

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*